Góry są powrotem do korzeni

10 kwietnia, 2018
 width=
Rozmowa z Tomaszem Klimczakiem „Klimasem”

Jak to się stało, że zacząłeś się wspinać?

Przypadkiem. Pewnego razu odwiedziłem moją dawną szkołę średnią, w której zbudowali ściankę wspinaczkową. Przyjechałem na rowerze w sandałach, koledzy namówili mnie, żebym spróbował. Ściągnąłem sandałki i wstawiłem się z dołem w jakąś lekko przewieszoną drogę na bosaka. Nabiło mnie niemiłosiernie, ale było fajnie. Po jakimś czasie sprzedałem paintballa, na którego długo odkładałem, i kupiłem wspinaczkowy zestaw ABC.

Po około miesiącu wspinania byłem świadkiem ciężkiego wypadku na ściance. Gość przy mnie zwalił się, łamiąc sobie kości. Przez tydzień się nie wspinałem, ale potem znowu poszedłem na ściankę. Chęć wspinania była silniejsza.

Jak z panelu trafiłeś w góry?

Drogą klasyczną, czyli: kurs skałkowy, potem taternicki letni i wreszcie od 2009 roku wspinanie w Tatrach zimą.

Dlaczego coraz głębiej wchodziłeś we wspinaczkę?

Przed wspinaniem przez kilka lat bardzo intensywnie ćwiczyłem jogę. Podobała mi się idea koncentracji i skupienia na teraźniejszości. We wspinaniu również to odnalazłem. Robiąc swojego maksa, nie sposób myśleć o czymkolwiek innym. Podoba mi się to. W górach dochodzi długość tego doświadczenia. Jest to niewątpliwie medytacja. Czuję się lepiej, kiedy wracam z gór. Z kolei gdy długo się nie wspinam, robię się nieznośny. Brzmi znajomo?

Doprawdy znajomo! Zaskoczyłeś mnie, jeśli chodzi o jogę. Ćwiczysz albo medytujesz nadal?

Wspinaczkowe treningi wypełniają mi większość wolnego czasu, więc na dodatkowe zajęcia w postaci jogi brakuje doby. Jeśli medytacja jest monokoncentracją, to wspinanie jak najbardziej nią jest.

Jak trenujesz? Popraw mnie, jeśli się mylę: Twój max RP w górach to M9, a w skałach D12.

Trenuję, wspinając się drajtulowo na dziabkach i uprawiając trochę klasyki w dużych przewieszeniach po klamach. Jeżdżę również do Janówka, gdzie weryfikuję swój progres. Brakuje mi natomiast bliskości gór, w których mógłbym bardziej rozwspinać się w granicie. Trening drajtulowy nie jest przyjemny, ale ważne jest zachowanie ciągłości. Przynajmniej trzy razy w tygodniu. Przygotowania do zimy zaczynam już pod koniec lata.

Nie uważam się za jakiegoś wybitnego wspinacza. Na naszym podwórku jest wielu mocnych zawodników.

Z tego co wiem, trenujesz też kondycyjnie? 

 width=
Pod przełęczą trzeciego dnia wspinania po pokonaniu 1.6 km ściany w Karakorum

Zanim zacząłem się wspinać, chodziłem sporo turystycznie z gigantycznym worem, jak to się kiedyś pakowało. Wyrobiłem sobie chyba taką ogólną kondycję, która wystarcza mi na większość podejść i zejść. Dlatego teraz skupiam się na sprawnym poruszaniu w pionie, czyli wytrzymałości siłowej. Od czasu do czasu biegam, żeby utrzymać formę.

Wędrowanie, widoki, romantyzm?

Same widoki po pewnym czasie się nudzą i chce się czegoś więcej. Głębszych doświadczeń samego siebie w kontakcie z trudnościami. Pokonywania własnych lęków i ograniczeń fizycznych.

Według mnie jesteś jednym ze wspinaczy, którzy pokonują je wyjątkowo sprawnie. Jak to robisz?

Strach jest zdrowym objawem i świadczy o tym, że świadomie wybraliśmy trudny cel. Nie należy się jednak z nim utożsamiać, jakby był częścią nas. To jedna z emocji. Pozwalam jej płynąć i staram się ją obserwować jak zjawisko przyrodnicze. Myślę, że to właśnie wyjście poza strefę komfortu jest dla wielu osób trudne do zaakceptowania. Wiąże się ono właśnie z odczuwaniem strachu, często atawistycznego, czyli takiego, który dotyczy naszego życia, a nie utraty pracy, kłótni z szefem czy awarii samochodu.

Ośmielę się stwierdzić, że w cywilizacji zachodu taki prawdziwy strach jest rzadki i wiele osób kompletnie paraliżuje. Nasi przodkowie regularnie chodzili na polowania i się bali, toczyli walki i się bali. U nas zagrożeniem jest śliska podłoga lub zmiana kursu waluty. Góry są w pewnym sensie powrotem do korzeni i trzeba umieć przestawić tę poprzeczkę.

Załóżmy, że mamy już nomiki i pierwsze drogi kursowe zimą za sobą. Otwieramy przewodnik po Kazalnicy i przeglądamy te mityczne, nieosiągalne dla nas linie. Jak nie odłożyć przewodnika z powrotem na półkę, tylko pojawić się pod ścianą?

Alpinizm czy zimowe taternictwo jest łańcuchem składającym się z sześciu ogniw. Są nimi: dobór celu, trening, sprzęt, logistyka, psychika i motywacja. Jeśli któreś jest zaniedbane, łańcuch pęknie.

Jak motywacja wygląda u Ciebie, skąd się bierze, czym ją karmisz?

Skąd się bierze, do końca nie wiem ale zauważyłem, że ostatnio robię się trochę leniwy. Motywuje mnie chyba nie sama chęć zrobienia drogi, a spędzenie czasu w górach i zmaganie z samym sobą. Takie totalne oderwanie. Oczywiście drogę chcę zrobić, ale sam proces też mnie pociąga. Przed wbiciem w drogę czytam jak najwięcej o jej historii, gromadzę informacje. Jeśli jest ciekawa, moja ochota się wzmaga.

Porażka i wycof motywują mnie jeszcze bardziej. Najbardziej pociągają mnie projekty, które budzą we mnie wątpliwość i wydają się niewyobrażalne. Czymś takim jest dla mnie na chwilę obecną zimowe przejście Głównej Grani Tatr bez wsparcia i depozytów – moje wielkie marzenie.

Każdy zaawansowany alpinista ma swoje patenty sprzętowe i taktyczne. Czy możesz zdradzić swoje?

Moim ulubionym patentem jest poddupnik, który umożliwia biwakowanie na siedząco w zasadzie wszędzie, nawet na pionowej ścianie, byle tylko było z czego zbudować stanowisko. To mój wynalazek, taki miniportal do siedzenia. Bardzo lekki – waży 250 g. Inny, mniej odkrywczy patent to elektryczne ogrzewacze do stóp. Pozwalają wspinać się w naprawdę lekkich butach.

Czy jest droga, którą uważasz za najcenniejszą w swoim wykazie?

 width=
Supercouloir w Alpach Fot. Maciej Ostrowski

Nigdy nie zastanawiałem się, jakie jest moje najważniejsze przejście, bo alpinizm to dyscyplina wielowymiarowa. Nie wszystko da się opisać cyframi i parametrami technicznymi. Pociąga mnie natomiast to, w czym jestem najsłabszy, czyli wspinanie klasyczne, i cieszę się z każdego postępu, jaki z trudem udaje mi się osiągnąć.

Najsłabszy?

Kiedyś miałem przecięte i zszywane nerwy lewego ramienia. Już wtedy wspinałem się sportowo. Miałem nadzieję, że w pełni się zregeneruję, ale tak się niestety nie stało. Gdy osiągnie się 36 lat, progres jest wolniejszy, a z kontuzji dłużej się wychodzi. W moim przypadku dochodzi problem z brakiem czucia i dysfunkcją lewej dłoni. Podczas wspinaczki na własnej muszę szukać rys z prawej strony, bo lewą ręką nie napnę cama i nie osadzę kości. No ale nie ma się co nad sobą użalać. Jest dobrze, trochę to nawet zabawne.

Opisz drogi, których przejście najlepiej zapamiętałeś.

Pierwszą z nich będzie z pewnością droga na nienazwanym pięciotysięczniku w Hindukuszu Afgańskim w 2010 roku. Niestety nie udało się skończyć jej na szczycie, a tylko na przełęczy z powodu załamania pogody. Poszedłem na nią z Maćkiem Ostrowskim. Miał z nami iść również Jacek Kierzkowski, ale po bacznej obserwacji obłoków poprzedniego dnia, ni stąd ni zowąd spakował się i wrócił do bazy, pomrukując, że stare lisy kity nie moczą. Jak się potem okazało, miał rację. Droga miała około 700 m i biegła systemem nietrudnych żlebów, które świetnie nadawały się do sprowadzania lawin. Mimo opadu kontynuowaliśmy wspinaczkę do przełęczy. Tam zapadła decyzja o wycofie i w padającym śniegu zaczęliśmy zewspinywać się z asekuracją. Szedłem jako drugi. Na samym dole wyjechały dwie lawiny, jedna po drugiej. Maciek był już pod ścianą, kiedy to się stało, i zaczepił tylko dziabkę o skałę.

Pierwszą lawinę jakoś utrzymałem, ale druga wyrwała mnie ze ściany i pofrunąłem z nią na dół, mijając zaskoczonego Maćka. Ten zdążył tylko owinąć linę wokół rąk. Po chwili znalazłem się w ciemności, ale poczułem, jak lina się napina i śnieg zjeżdża, a ja zostaję. Gdy oszołomiony wstałem, zobaczyłem Maćka, trzymającego gołymi rękami linę, z wytrzeszczonymi oczami. Utrzymała go zaczepiona o skałę dziabka, do której był przypięty lonżą.

Druga?

Długosz na Kazalnicy Mięguszowieckiej zimą. Miałem wtedy świetny flow, a przed sobą wiele wspaniałych tatrzańskich klasyków do załojenia. Był to mój pierwszy poważny sezon zimowy i pierwsza poważna droga na Zerwie. Robiłem ją z Kajmanem (Robertem Nejmanem). Na wierzchołek wyszliśmy grubo po zmroku w oślepiającym blasku księżyca. Nie było potrzeby włączać latarek. Okoliczne ściany odbijały światło, cała dolina aż się iskrzyła. Do dzisiaj pamiętam to uczucie będące mieszanką oczarowania i satysfakcji.

Opowiadaj jeszcze, świetnie się słucha.

Kolejną drogą, która zapamiętałem na długo (niestety negatywnie), był aklimatyzacyjny szczyt Pisco w Peru. Pojechaliśmy wtedy łoić poważne ściany, więc aklimatyzację potraktowaliśmy z buta. Wtedy nie miałem zielonego pojęcia, jak powinna poprawnie wyglądać. Po jednym dniu spędzonym w Huaraz na 3000 m postanowiliśmy z marszu wejść na łatwe Pisco o wysokości 5700 m i mieć z głowy całą tę upierdliwą aklimatyzację.

Szybkie podchodzenie kompletnie nas rozłożyło. Na szczyt weszliśmy co prawda, ale z pomocą końskich dawek ibuprofenu, paracetamolu i tramalu, a głowa i tak pękała z bólu. Pamiętam do dzisiaj, jak chwiejnym krokiem schodziłem, naszpikowany prochami, po morenie. Na twarzy głupawy wyraz, a w głowie piosenka „Walking on the Moon”.

Kolejna…

W 2015 roku zorganizowaliśmy wyprawę do Karakorum, której celem były dziewicze szczyty w otoczeniu doliny Lachit. W 4-osobowym zespole zaatakowaliśmy pierwszy szczyt w okolicach bazy na wysokości około 6000 m. Z dołu go nie doceniliśmy i postanowiliśmy pójść na lekko, czyli bez sprzętu biwakowego z bazy wysuniętej. Około godziny 23, po całym dniu wspinania byliśmy już mocno zmęczeni, a do szczytu nadal sporo brakowało.

Usiedliśmy więc oparci o kamień, przytuleni. Na domiar złego popsuła się pogoda. Sypał śnieg i było bardzo zimno. Siedzieliśmy tak, trzęsąc się, całą noc. Spręż jednak nie odpuścił, rano mimo braku snu i zimna ruszyliśmy dalej. Na szczycie byliśmy około 17 w kompletnej mgle. Schodząc, czułem się wykończony jak nigdy. Przez cały ten czas nic nie jadłem i prawie nic nie piłem. Przez pół nocy wykonaliśmy 14 zjazdów w potwornych pyłówkach, budując po drodze stanowiska z haków i abałakowów. Trzech z nas miało omamy z wyczerpania. Myśleliśmy, że jest z nami piąta osoba. Dopiero nad ranem wpełzliśmy do przysypanych namiotów w bazie wysuniętej na 5000 m. 

 width=
Fot. Damian Granowski

Piątą drogą, jaka mocno zapadła mi w pamięć, było uklasycznienie Polaka w Kosmosie na Kotle Kazalnicy w zeszłym roku. Być może nie do końca doceniana w środowisku, dla mnie droga ta była efektem upartych treningów i wyrzeczeń. Mimo niedowładu lewej ręki zawsze chciałem podnieść swoją osobistą poprzeczkę we wspinaniu zimowo-klasycznym. Trzeci crux drogi, wyceniony na 8, był bardzo psychiczny. Spatentowałem go na wędkę dwa dni wcześniej i wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na odpadnięcie w trudnościach. Jakoś się udało. Do dzisiaj mnie to cieszy.

Kto i dlaczego jest dla Ciebie wzorem wspinacza?

Marko Prezlej, bo łączy mocną wspinaczkę techniczną z eksploracją wielkich ścian w górach wysokich. Podobają mi się również jego spokój i brak parcia na sławę.

Rozmawialiśmy ostatnio o kwestii stylu. Wiem, że planujesz uklasycznić jedną z hakowych dróg na Zerwie w ciągu, nie schodząc ze ściany. Czy możesz zdradzić swoje plany i przemyślenia w tej kwestii?

Rzecz jasna najpiękniej przejść drogę OS-em, nie schodząc ze ściany, nie wiercąc spitów i w kalendarzowej zimie. Idealnie, gdy ściana jest daleko od najbliższego schroniska i wymaga wielodniowego wspinania. Podczas przejścia można wymieniać stare haki na nowe (bo przecież kiedyś używano nowych), ale nie powinno się zostawiać na drodze dodatkowego żelaza. Nie oszukujmy się – wszystkie odstępstwa od tych zasad wynikają ze słabości. Sam niejednokrotnie się ich dopuszczałem i dobrze wiem, że ułatwiają.

Między OS-em a RP na dziabkach jest przepaść. Między RP a PP jest również spora różnica, bo mamy przygotowaną na spokojnie asekurację, prawie jak na drodze sportowej. Dobry hak czy cam jest jak spit. Natomiast twierdzenie, że niewiele to zmienia, jest ściemą. Sam pamiętam, z jaką szybkością pokonywałam PP wyciągi, na których OS mi nie poszedł!

Jak łączysz pasję z pracą, gdzie znajdujesz kompromis?

Niewielki kompromis leży oczywiście po stronie zawodowo-rodzinnej, ale nie jestem zwolennikiem poświęceń i rezygnacji z celów na innych płaszczyznach niż wspinanie. Uważam, że zaniedbywanie rodziny czy doprowadzanie się na skraj bankructwa z racji kosztów wspinania, jest słabe i wynika z braku umiejętności znalezienia równowagi w życiu. Wspinaczka nigdy nie była dla mnie ucieczką, mam do kogo i czego wracać i chętnie to robię. Najlepszy progres odnotowuję, gdy niczego mi nie brakuje. Czasu również.

Rozmawiał:  Józek Soszyński

 

 

Udostępnij wpis

Przeczytaj również