REKLAMA

Tatry: wypadki wspinaczkowe

Adam Marasek, Bogusław Kowalski | 15 listopada 2016

fot-adam-smialkowski

Rozpoczynamy nowy cykl publikacji dotyczący wypadków wspinaczkowych w Tatrach. Chcemy dokonać analizy i podać wskazówki mogące poprawić bezpieczeństwo.

Ostatnie wypadki taternickie

3 kwietnia 2016 roku

Po godz. 21 do TOPR zadzwoniła osoba z dwuosobowego zespołu taterników wspinających się na Setce (WHP 100), na Zadnim Kościelcu, informując, że: „podczas wycofywania się zjazdami ze ściany partner odpadł, spadł około 15 m, doznając ogólnych potłuczeń. Skarży się na ból głowy, szyi, nie utracił przytomności, ale jest splątany”. Wypadek miał miejsce około dwie godz. wcześniej. W trakcie ustalania dokładnego miejsca wypadku poinformowano nas, że taternicy przeszli pięć wyciągów, z czego dwa były na pewno na Setce. Co do pozostałych nie ma pewności, mogli zejść w prawo i prawdopodobnie znajdują się nad Kominem Drewnowskiego. Mają problemy „z wycofem, potrzebują pomocy”. W czasie organizacji wyprawy ratunkowej poproszono przebywających w Betlejemce instruktorów PZA, by podeszli powyżej Czarnego Stawu i z przeciwstoku ocenili, w którym miejscu znajdują się taternicy, po to by podjąć decyzję, czy podchodzić w rejon wypadku od strony Czarnego Stawu, czy może szybciej będzie wyjść na Mylną Przełęcz i stamtąd do nich dotrzeć. O godz. 23.10 na Halę Gąsienicową wyjechało z centrali 13 ratowników. O godz. 0.05 instruktorzy z Betlejemiki poinformowali, ze są przy Zmarzłym Stawie, widzą światła taterników i oceniają, że są oni na wysokości trzeciego-czwartego wyciągu, ale około 100 m w prawo, patrząc z dołu. Sugerują podejście od Czarnego Stawu, a nie od Mylnej Przełęczy. O godz. 0.10 ratownicy wyruszyli z Murowańca w kierunku Czarnego Stawu i dalej, nad Zmarzły Staw, skąd skierowali się do Kotła Kościelcowego, zabierając ze sobą stosowny sprzęt. Podczas dojścia pod ścianę nawiązano kontakt głosowy z taternikami. Okazało się, że są oni wyżej, niż zakładano. O godz. 3.15 pierwsi ratownicy dotarli do taterników, udzielili poszkodowanemu pierwszej pomocy, obydwu ogrzano. Po założeniu stanowiska, wykorzystując liny Dynema, o godz. 5.38 rozpoczęto opuszczanie taterników wraz z ratownikiem. Opuszczono ich 200 m do wylotu żlebu. Kolejne opuszczanie na dwustumetrowej dynemie przez Kocioł Kościelcowy i kolejne – 380 m na taflę Czarnego Stawu, gdzie taternicy wylądowali o godz. 6.38. O godz. 7.45 taternicy i część ekipy ratowników dotarli do Murowańca, skąd samochodem zostali zawiezieni do Zakopanego. Po rozmowie z taternikami okazało się, że najprawdopodobniej po drugim wyciągu zgubili drogę, wspinając się bardziej na prawo od właściwego przebiegu drogi. Gdy zorientowali się, że się pomylili, postanowili zjazdami wycofać się ze ściany. Po założeniu stanowiska zjazdowego (z jednego haka) pierwszy zjeżdżający taternik wyrwał „stanowisko”, spadł około 15 m, doznając obrażeń.

 

9 marca 2015 roku

O godz. 15.55 do Centrali TOPR zadzwonił jeden z taterników, informując, że: „ wraz z dwoma partnerami wspinają się Żlebem Szczerby w płn. ścianach masywu Giewontu. Znajdują się około 40 m poniżej przełęczy. Są osłabieni, boją się, nie mają już haków. Proszą o pomoc”. Z chwilą poprawy pogody, o godz. 17.10 startuje śmigłowiec z ratownikami na pokładzie. Ratownicy desantują się na Przełęczy Szczerba, a śmigłowiec ze względu na zapadający zmrok leci na lądowisko w Zakopanem. O godz. 17.35 ratownicy docierają do oczekujących na pomoc taterników. Asekurując, ratownicy o godz. 18.25 wyprowadzili taterników na przełęcz i sprowadzili ich na Kondratową. Jak się okazało, taternicy rozpoczęli wspinaczkę o godz. 5 rano i byli zbyt słabo przygotowani mentalnie oraz sprzętowo, by szybko i bezpiecznie pokonać tę drogę.

 

21 lutego 2015 roku

O godz. 13.55 do Centrali TOPR zadzwonił instruktor PZA, informując, że: „podczas szkolenia na tzw. „Stożku” pod Zadnim Granatem (na lewo od żlebu spadającego ze Zmarzłego Stawu) jego kursant spadł z małą lawiną. Nie został przysypany, ale skarży się na ból kręgosłupa w okolicach lędźwi”. Ze względu na silny wiatr nie udało się dolecieć na miejsce zdarzenia. W tym czasie doszło do poważnego wypadku lawinowego w Wielkiej Świstówce w Dolinie Miętusiej, tam w pierwszej kolejności został skierowany śmigłowiec i do akcji ratunkowej wyruszyło kilkudziesięciu ratowników. Działaniami pod progiem Zmarzłego Stawu zajęli się ratownicy przebywający w tym czasie w rejonie Hali Gąsienicowej, którzy o godz. 15 dotarli na miejsce zdarzenia. Po udzieleniu pierwszej pomocy ranny został zapakowany do noszy SKED i o godz. 17.30 przetransportowany do Murowańca. Stamtąd karetką terenową TOPR rannego przetransportowano do Brzezin i przekazano załodze karetki pogotowia. Przyczyną wypadku było naruszenie przez ćwiczących kursantów pokrywy śnieżnej na stromym stożku (około 35 stopni). Tego dnia wiał bardzo silny wiatr (ponad 100 km/godz.), który przenosił duże ilości śniegu, tworząc magazyny niezwiązanego z podłożem puchu.

 

18 stycznia 2015 roku

O godz. 9.48 do TOPR zadzwoniła taterniczka, informując, że: „wraz z koleżanką wspinały się na drodze Wesołej Zabawy na Mnichowym Progu. Jej koleżanka, prowadząc pierwszy wyciąg, odpadła, spadła około 10 m do podstawy ściany, doznając chwilowej utraty przytomności i obrażeń głowy”. W tym czasie w Morskim Oku na szkoleniu przebywała grupa ratowników, która dostała polecenie działania przy tym wypadku. Najpierw wyruszyła „szybka dwójka” z zadaniem zabezpieczenia medycznego i cieplnego poszkodowanej, za nimi podążyła 9-osobowa grupa ratowników ze sprzętem do transportu i asekuracji. O godz. 10.38 pierwsi ratownicy dotarli na miejsce wypadku. Zaopatrzyli medycznie i cieplnie poszkodowaną. Gdy dotarła zasadnicza ekipa, ranną włożono do noszy SKED, asekurując, przetransportowano do szlaku i nim do Morskiego Oka, gdzie dotarli o godz. 12.49. Tam przełożono ją do karetki TOPR i przewieziono do zakopiańskiego szpitala. O godz. 15.15 ratownicy powrócili do Centrali TOPR.

Jak się okazało, podczas upadku z 13 m taterniczka wyrwała dwa przeloty, „koziołkując”, uderzyła się w głowę. W wyniku uderzenia zerwało jej z głowy kask. Podczas lotu asekurująca liną pojedynczą z kubka wybierała Fot. Adam Śmiałkowski luz, przyjmując uderzenie statycznie.

W styczniu 2014 roku miało miejsce cudowne ocalenie po wyrwaniu stanowiska zjazdowego. Działo się to podczas wycofu z Kotła Kazalnicy, a niezaprzeczalnym powodem lotu do podstawy ściany było powierzenie życia zastanemu i niewystarczająco sprawdzonemu stanowisku. W minionym sezonie zimowym miało miejsce podobne zdarzenie. Opisane zostało ono przez Adama Maraska pod datą 3 kwietnia 2016 roku, na drodze WHP 100, na Zadnim Kościelcu. Poniższa analiza ma na celu wyciągnięcie wniosków i w żaden sposób nie należy odczytywać jej jako chęci deprecjonowania kolegów. Każdy z nas popełnia błędy, istotne jest, aby na ich podstawie wyciągnięta była nauka na przyszłość. Te słowa piszę również w obliczu sezonu letniego w Tatrach. Nieznana jest godzina wyjścia zespołu, jednak następny wpisał się do książki w Murowańcu o godzinie 9. Wezwanie do Centrali TOPR nastąpiło po godzinie 21, natomiast wypadek wydarzył się około dwie godziny wcześniej. Jak wynika z relacji na forum internetowym (wspinanie.pl) jednego z członków zespołu, wspinacze „zapchali się” i zaczęli wycofywać z wysokości około szóstego wyciągu. Konfrontując sprawozdanie ratowników i wspinaczy, można wyciągnąć wniosek, że zdarzenie miało miejsce na wysokości około piątego wyciągu drogi WHP 100. Oznacza to, że w ciągu całego dnia wspinacze pokonali sześć wyciągów, z czego trzy poza drogą, w terenie nieuczęszczanym. Po stwierdzeniu niemożliwości wspinaczki koledzy przebudowali system i zaczęli zjeżdżać. Zważywszy na fakt, iż teren, który jest zimą wymagający, ale niekoniecznie ekstremalny, tempo można uznać za co najmniej niezadowalające. Zespół tłumaczy, iż wybrali się na dość długą drogę, z której łatwo zjechać, w miarę prostą orientacyjnie (choć, jak się okazało, można się na niej zgubić), o logicznym przebiegu, łatwych wycofach w stronę Mylnej Przełęczy (oczywiście przy właściwej ocenie zagrożenia lawinowego). Co oznacza, że nie posiadali dużego doświadczenia zimowego. Sam fakt wyjścia na Setkę jest jak najbardziej zrozumiały. Dla mniej doświadczonego zespołu jest to z pewnością linia pouczająca. Tak więc wybór celu można uznać za właściwy. Wspinacze zgubili się prawdopodobnie w okolicy wejścia w charakterystyczny trawers pod przewieszką. Najpewniej ominęli go mocno z prawej i kontynuowali wspinaczkę, oddalając się od linii drogi. Zagubienie się w terenie to dość częsty błąd. Ważniejsza jest jednak podjęta w odpowiednim czasie decyzja o zjeździe – albo do miejsca, w którym ostatnio byliśmy na drodze, albo do podstawy ściany. Tu kolegom zabrakło znajomości drogi i trochę doświadczenia. Choć być może znali oni przebieg Setki, a zimowe warunki utrudniły wspinaczom właściwe odczytanie terenu. Piąty wyciąg startuje z ewidentnego siodełka i trzeba pokonać przewieszkę, pod którą tkwi zaznaczony na schemacie ring goprowski. W tym miejscu należało wzmóc uwagę. Wspinacze, jak rozumiem, będąc mniej więcej na tej wysokości, ale mocno w prawo, postanowili przejść jeszcze jeden wyciąg, chcąc dostać się do właściwej drogi. Zimą takie przypadki zdarzają się bardzo często, stąd mnogość wariantów popularnych dróg wspinaczkowych w Tatrach. Należałoby chyba szybciej podjąć decyzję o wycofaniu się, tym bardziej że z pewnością było już dość późno.

Najpoważniejszy błąd, który popełnili wspinacze, to pomysł zjazdu z jednego haka. Niezaprzeczalny jest fakt, że zjazd jest jednym z najbardziej niebezpiecznych manewrów. Błędy, jakie popełniamy podczas wspinaczki, nie zawsze kończą się wypadkiem. Wpięcie liny do źle osadzonego przelotu, złapanie kruchego chwytu, a nawet sam lot niekoniecznie muszą się skończyć akcją ratunkową. Jednak założenie złego stanowiska zjazdowego niemal zawsze kończy się bardzo źle. Podjęte przez kolegów – nie wiadomo czy świadomie – ryzyko można uznać za nieakceptowalne. Oszczędzanie na sprzęcie i bezpieczeństwie kosztem własnego zdrowia, a nawet życia jest błędem niewybaczalnym. Tym razem zakończyło się to tylko około 15-metrowym lotem i mocnym potłuczeniem. Warto dodać, że wypadek poprzedzony był długim dniem wspinaczkowym, stresem wynikającym z zagubienia drogi i zbliżającym się końcem dnia. Dlatego tak istotne jest, aby podjęcie decyzji w trudnych warunkach oparte było na opanowanych zasadach i procedurach. Jedna z nich mówi, iż stanowisko zjazdowe powinno być zbudowane z co najmniej dwóch pewnych punktów. Pozwala to ustrzec się przed błędami wynikającymi z pogorszonej percepcji. Z pewnością koledzy nie odważą się na taką nonszalancję w przyszłości. Ważne jednak, żeby ich błąd nie został powielony przez kolejnych taterników.

Czytaj również:

Adam Marasek, Bogusław Kowalski, Analiza wypadków w Tatrach

Skomentuj

  • (will not be published)

*

Partnerzy:
Menu