REKLAMA

Relacja Everest/Lhotse

Taternik | 14 kwietnia 2017

Wyprawa programu TATERNIK w Górach Wysokich – relacja Rafała Froni:

18.04.2017 

Od dwóch dni jesteśmy w Bazie, po powrocie z Lobuche odpoczywamy.
Dziś po raz pierwszy mamy wiosenną pogodę, jest ciepło i pogodnie, spodziewamy się opadów śniegu, które mają nastąpić jutro, potem rozpoczniemy walkę w Khumbu i Kotle Zachodnim i planem wyjścia będzie noc w C3 w ścianie Lhotse na 7400.
PS
Dziś na naszej lagunie (po odmaznięciu, choć jak widać częściowym) odbyły się pierwsze zawody wędkarskie pod patronatem Polish Exp. 2017. Jeden z zawodników został wciągnięty pod lód. Najlepsi złowili Produkty rybne Johna Westa, dla ułatwienia od razu w sosie pomidorowym.

1 2 3

16.04.2017

Wyszliśmy zgodnie z planem, zanim słońce wyjrzało zza Masywu Everestu. W ciszy poranka szybko schodziliśmy w dół moreny. Tu półgodzinna przerwa na naszą ulubioną milk tea i w tym czasie w dolinę zajrzało słońce. Droga do Lobuche to już nieustanna walka o byt na ścieżce, o to by nie dać się stratować mającemu obłęd w oczach tłumowi. Skąd oni się wzięli? Dokąd lezą? Stąd przecież też dobrze widać. Kilkadziesiąt miejsc w Gorak. Kilka lodgy w Lobuche a tu ruch jak w Dzień św. Wawrzyńca gdy na Śnieżkę lezie 10 tys ludzi.

Gdy skręciliśmy w boczną dolinkę tłum zniknął. Wędrowaliśmy już sami, rudymi łąkami pośród małych jak jagody krzaczków, o uschniętych listkach, które tak intensywnie pachniały, że niech się schowają eukaliptusy czy wonne maciejki. Gdy dolina się wystromiła weszliśmy w gołoborze. Kruche ściany Lobuche gryzione erozją i zębem czasu zrzucają swe wierzchnie warstwy tworząc labirynt głazów i kamieni pnący się na granicy osuwiska, aż do przełęczy. Ta jednak ukryta jest za pionowym obrywem, który trzeba: to przewspinać to strawersować. Obóz I rozbijamy na 5300 w szerokim siodle usłanym głazami. Chmurzy się i zaczyna padać śnieg. Odwiedzają nas czerwone … wróble chyba, rąbiąc okruszki i garście piachu i tak przy kartach zapada nam noc.
Dzień drugi.
Obok inna wyprawa o 2 nad ranem odprawia puję. Buddyjskie śpiewy niosą się w nic, jednak nasza wyprawa śpi. A tu na tle rozgwieżdżonego nieba i w świetle księżyca stoi lama-szerpa. Pali kadzidełka i śpiewa. Ruszyli ok 3. Koledzy ani drgnęli. Spaliśmy do 6.

My… ruszyliśmy po śniadaniu i nakarmieniu wróbli :).
Połogie skały litego granitu, dokładnie tak nachylone aby z nich nie fiknąć prowadziły ku kolejnej przełęczy. Śnieg zniknął w słońcu i dobrze. A za kolejną skalną barierą zaczął się lodowiec. Ale nie taki normalny, stromy lód. To 500 m w pionie lasu lodowych igieł. To jakby lód dostał gęsiej skórki z której sterczą pionowo w górę lodowe włosy penitentów. Poobijani, na szczęście nie nadziani na nie jak na gwoździe o 13:30 zakładamy obóz II na malutkim śnieżnym szczycie w grani Lobuche. Mamy 6000 m. Teraz sobie tu pomieszkamy łapiąc klimę.
Ale lekko nie jest. Ledwie zdążyliśmy wyrąbać platformę i rozstawić namiot zaczęło sypać.
Dzień trzeci.

Noc śnieżna. Przed północą przyszedł sztorm, grzmoty i błyski, jakby czerwoną lampą ktoś świecił w namiot.
Ranek to odkopywanie, chmury wiszą przeplecione smugami błękitu, nad Everestem potężna, szara soczewa.
Mijają godziny naszej aklimatyzacji na szczycie. To pada śnieg, to przebija słońce.
Nadeszło popołudnie, siedzimy, śnieg sypie a tuż pod szczytem z zamieci wyłania się czarny kształt. Yeti! Co robić? Ale nagle postać śnieżna woła: chłopaki! To naprawdę wy! I tak na szczyt Lobuche dotarł Waldi ze Szczecina. Łyknął herby i tak jak się pojawił, tak zniknął, a my siedzimy dalej zastanawiając się jak daleko mogą posunąć się zbiorowe halucynacje.

Dzień kolejny,
Noc. Wiatr wzmagał się z każdą chwilą, porywy szarpały namiot praktycznie całą noc, rankiem -15 i chyba więcej śniegu w namiocie, niż na zewnątrz. Zaczęliśmy pakowanie a po linach z dołu zbliżali się jacyś wspinacze, dzięki nim. Dzięki, bo komercyjni powiesili na stromych fragmentach skalnych poręcze. Wiatr nie ustępuje. Po 4 godzinach walki z wiatrem dotarliśmy do Lobuche.
Wesołych Świąt.

 

12.04.2017 – 13.04.2017

Od świtu jesteśmy w drodze na szczyt Lobuche. Pogoda dobra, choć wiatr w porywach wygląda poważnie i takie są prognozy. Plecaki mamy jednak tak ciężkie, że żaden jetstream nas nie ruszy.
Dziś rocki camp, jutro plateau pod szczytem. Tam spędzimy 3 dni na 6200 jako część klimy.
Na zdjęciach fit szczytu Lobouche.

Pozdrawiamy serdecznie z Gorak Shep gdzie po włączeniu solarów działa wifi! Z czego ochoczo korzystamy – Rafał Fronia :)))
20170412_104337_resized

8.04.2017

Opuściwszy Phortse wkroczyliśmy do innego świata, świata gór prawdziwych. Tylko ścieżka i wiatr, dolina rozszerza się dając poczucie niczym nie ograniczonych przestrzeni pokrytych rdzawą trawą. Ptaki piękne jak pawie biegają, niebieskie z czarną pręgą i czerwonym ogonem, który jak wachlarz rozłożywszy startowały z krzykiem jak cietrzewie nasze. Ani chmurki, na żebrach wiatr tylko wieje.
Dotarliśmy do Drangnag 4700, dziwna wioseczka, zaledwie kilka lodgy pod wielką skałą. Zmęczeni ciut.

Kolejny dzień.

Wiatr w nocy hulał, wstaliśmy wcześnie i ruszyliśmy na przełęcz. Powoli, łąkami w szerokiej dolinie i skalnym rumoszem na przełęcz 5380 m schowaną za skalnym urwiskiem. Słońce daje, że hej. Za przełęczą w dół po płytach, po lodowcu do Dzonglha na 4850. Tu zostajemy na noc. Padamy. Twarze palą od słońca. Wicher wieje jak Jerychońskie trąby, które chcą odwrócić uwagę od tego jakiż piękny widok za lodgą w dolinę ku Ama Dablam.
Kolejny dzień, ten do bc.
Wiatr w dolinie szalał. Blacha na dachach telepała jak pociąg.
Ruszamy w 7 godzinny marsz do bazy.
Schodzimy do rozbudowującego się w zastraszającym tempie Lobuche a potem do Gorak Shep. Za 3 godziny meldujemy się w Bazie. 

05.04.2017

Dziś gromadka zaliczyła rest day.
Zapakowaliśmy kawę, kawiarkę i inne niezbędne rzeczy i ruszyliśmy, najpierw trawiastym a potem skalnym żebrem pod górę.
W 3 godziny urobiliśmy zaplanowane 1000 metrów. Pogoda się zdupczyła, wessały nas chmury przewalające się przez ostrą grań jak dym z armatki.
Zagrzebani w nyży pichciliśmy kawę i łapaliśmy klimę. Powrót to już tylko błądzenie po omacku we mgle i wietrze.
Jutro ruszamy w boczną dolinę ku Gokio i przez kilka dni może nie być od nas wieści.

04.04.2017

Poranek, wstaliśmy, zjedliśmy, zarzuciliśmy plecaki i wyszliśmy. Pobliska ścieżka wiodąca w górę do Khumjung niczym autostrada A4 w piątkowe popołudnie, ledwie włączyliśmy się do powolnego ruchu sapiącej kolumny. Dreptaliśmy w górę aż do Everest View Hotel, który okazał się czarną dziurą i niczym w kapeluszu maga – wszyscy zniknęli. Szliśmy dalej nie wierząc naszemu szczęściu. Ścieżka na której cisza, jaki i śpiew ptaków. Rododendronowym lasem przeplatanym poskręcanymi, owiniętymi brązową korą i obwieszonymi srebrnymi brodami glonów brzozami dotarliśmy do Phortse. Śpimy na 3800 we wsi gdzie domy porozrzucane wśród tarasów pól i labiryntów kamiennych murków dają ciszę i poczucie swobody. I nikogutko, tylko my. Gospodarz to 8 krotny zdobywca Everestu i wiele, wiele wejść na inne ósemki. Drobny chłopczyk, maratończyk, uśmiechnięty i skromny, żona – prawdziwa tybetanka o okrągłej buzi i korpuletnych kształtach. Siedzą, patrzą na siebie i raz na kilka minut któreś coś powie. Zanim się dogadają… przyjdzie jesień. Jakże piękne i pozbawione pędu życie wiodą we wsi na zboczach himalajskich olbrzymów.
Jutro dzień restu, choć zamierzamy wyjść na wysoki na 5200 m górujący nad wsią jeden ze szczytów schodzących z ramienia Taboche. Aklimatyzacja trwa.

03.04.2017

Relacja z Solokhumbu.
Dolina jest cudna, wszystko wręcz kwitnie. Na zboczach magnolie a w lasach czerwono od rodendronów. Wsie czyste, powstają nowe lodge i hotele, nowe schody i bruk na ścieżce a wszystko ukwiecone wiśniowymi (chyba) sadami z białymi kwiatkami.
Pogoda prześliczna, błękit nieba w górze a nad linią lasów spłakane białymi warkoczami śniegu czarne szyszaki turni skalnych. Istny cud dolina. I tylko jedno psuje nirwanę. To co dzieje się na ścieżce. Setki, wiele setek ludzi. Kolorowy tłum trekkersów, przewodników, karawan mułów i jaków przepychających się w obie strony i walczący o skrawek miejsca na ścieżce. Spocone, sapiące i piejące z zachwytu nad każdym kwiatkiem, kamieniem mani i widoczkiem amerykańskie hmm well made size, czyli puszyści. Natchnieni, rządni krwi i widoku szaleńcy z kilogramami sprzętu. I wszyscy ubrani tak, że mogliby iść bez tlenu bezpośrednio na szczyt Everestu w swoich topowych gore, puchówkach z kijami, dziobami na wodoodpornych plecakach i z tonami ekwipunku do pstrykania miliarda zdjęć na minutę.
I tak, przepychając się wzdłuż tej kolorowej, rozedrganej, drącej japy we wszystkich językach świata gąsiennicy dotarliśmy do Namch Bazar na 3550 m.
Jak dobrze, że lodga oddalona od centrum oferuje bezcenną ciszę.
Zdecydowaliśmy się zmienić naszą dalszą marszrutę i iść do bazy przez Gokio i przełęcz Cho La, liczymy, że tam będziemy sami.
Pozdrawiamy z kolorowego jak tęcza Namche.

02.04.2017

Lot do Lukli ma kilka wymogów dla podróżnych. Silne nerwy, sprawne zwieracze i dużo cierpliwości. Po pięciu godzinach oczekiwania udało się zaokrętować do mikro awionetki i po półgodzinnym szejkerze walnęliśmy w przykrótki pas lotniska w Lukli.

Nas quide chwilowo zaginął, razem z bagażami zresztą. 
Dla bywalców: Paradise lodge dalej działa, a właścicielka zwana hmmm tu cytat…  Klępą ma się świetnie i jakby coraz młodszą była.

lotnisko
 
02.04.2017
Minął ostatni dzień w Katmandu… przynajmniej mamy taką nadzieję. Jeszcze wieczorne spotkanie ze znajomymi i wylatujemy do Lukli. Prognozy na trekking słabe, deszcz i burze, stąd też nasze obawy o lot

31.03.2017

Dotarliśmy do Kathmandu.
Wszystko układa się idealnie, agent, bagaże, logistyka i terminy po naszej myśli. Pogoda wspaniała i mimo deszczowych prognoz świeci słońce ale upały nie dają się we znaki.
Kathmandu po niedawnej tragedii podniosło się całkowicie. Prawie nie widać gruzów, czy uszkodzonych budynków, za to powstają nowe szkielety wyższych budowli. Trzęsienie stworzyło nowe możliwości w zabudowanejdo ostatniej działeczki aglomeracji i pojawienie się nowych możliwości zostało natychmiast wykorzystane. Tu nikt nie czeka jutra, carpe diem.
Nie zmienił się Thamel, dalej głośny i ruchliwy. Rozkrzyczane stragany i trąbiące auta, choć Suzuki Maruti jakby nowsze, obwieszone diodami stopów jak ciężarówki dzwonkami na Karakorum Highway.
Zaczynamy ostatnie przygotowania do wyruszenia w góry, zakupy, ustalenia z agentem, przepak sprzętu briefing w ministerstwie.
Pojutrze ruszamy.
Partnerzy:
Menu