REKLAMA

Historia zdobycia K2

Taternik | 27 listopada 2017

Pochodzenie nazwy K2 jest bardziej prozaiczne niż mogłoby się wydawać. Kiedy w połowie XIX wieku angielscy topografowie rozpoczęli wyznaczanie wysokości górskich wierzchołków pasma Karakokrum, nadawali im nazwy szyfrowe według kolejności pomiaru – Karakorum 1 (K1), Karakorum 2 (K2) itd. Ten ostatni naniósł pierwszy raz na siatkę pomiarową kpt. T.G. Montgomerie w 1856 r. Pierwszą mapę przeglądową omawianej partii gór zawdzięczamy kpt. H. H. Godzwinowi Austenowi, który dotarł do podnóża K2 drogą prowadzącą przez lodowiec Baltoro w 1861 r. Ostateczne obliczenia wykazały wysokość góry na 8611 m (28250 stóp), co lansowało ją na drugim miejscu na świecie po Evereście.

Polski akcent

Odkrycie K2 miało i swój polski akcent – a mowa tu o ekspedycji Bronisława Grabczewskiego, wówczas kapitana w służbie carskiej. W czasie jednej ze swoich wypraw badawczych, w październiku 1889 r. przedarł się wysoko ku źródłom rzeki Shaksgam, skąd ujrzał „wspaniały szczyt, który wznosił się wysoko ponad ogólne pasmo Himalajów”. Dokonane przez niego obliczenia wysokości szczytu dały podobne rezultaty, co poprzednie – angielskie. Polak wykazał wysokość góry o 250 stóp niższą, chciał jej nadać nazwę „Szczyt Cesarzewicza Mikołaja” – nie wiedział on jednak, że Anglicy ubiegli go o kilkanaście lat i nic z ambitnych planów nie wyszło.

Wspinaczka powyżej obozu IV, na zdjęciu Houston (1938)

Pierwsza wyprawa

Mimo że ekspedycja Austena wskazała drogę do podnóża szczytu, dopiero w 1892 r. w rejonie K2 działali pierwsi alpiniści, ich celem nie było jednak zdobycie góry. Takie zadanie wyznaczył sobie dopiero zespół Anglika Oscara Eckensteina w 1902 r. Zebrał on międzynarodową grupę doświadczonych wspinaczy; w jej skład weszli Austriacy: Heinrich Pfanni i dr Victor Vessely, Szwajcar dr Jules Jacht-Guillarmod, Anglik Georgie Knowles i korespondent prasy Aleister E. Crowley. Mimo nowoczesnego – przykładając ówczesne normy – zaplanowania wyprawy, patrząc z perspektywy czasu, ekspedycja ta nie miała szans powodzenia. Zespół planował działanie samodzielnie: bez tragarzy i przewodników, nie zdając sobie sprawy, że zdobywanie tak wysokich szczytów wymaga założenia kilku obozów pośrednich i przygotowania całej drogi.

Ekspedycja wyruszyła 28 kwietnia 1902 r. z miasta Srinagar na pogórzu kaszmirskim, by 9 czerwca założyć bazę transportową na hali Urdukas, która stała się odtąd głównym etapem wszystkich ekspedycji w rejonie lodowca Baltoro. 20 czerwca założono kolejny już obóz, tym razem na wysokości 5710 m w jednakowej odległości od ściany K2 i Broad Peak. Najważniejszym zadaniem było wyszukanie najdogodniejszego szlaku, dającego możliwość zaatakowania szczytu. Po wstępnym rekonesansie alpiniści zrezygnowali ze wspinaczki żebrem południowo-wschodnim na rzecz grani północno-wschodniej. Po przeniesieniu obozu na wysokość 5928 m w ciągu kolejnych kilkunastu dni dwójkowe zespoły wspinaczy próbowały wspiąć się w stronę szczytu żebrem wychodzącym na 6821 m, albo stromym żlebem prowadzącym na przełączkę w grani, tuż na wschód od tego punktu. Bardzo zła pogoda, brak aklimatyzacji i wyczerpanie wspinaczy zmusiły ich do zawrócenia z drogi. Zespołowi – Guillarmod i Vessely udało się osiągnąć wysokość 6600 m i było to wszystko, co tym razem udało się wyrwać K2. Epidemia grypy i nie najlepsze wzajemne stosunki były ostateczną przyczyną decyzji o powrocie. O niepowodzeniu pierwszej wyprawy zadecydował przede wszystkim brak znajomości techniki zdobywania ścian himalajskich, a trzeba pamiętać, że jej uczestnikami było sześciu znakomitych wspinaczy alpejskich. Jak się okazało, ich wieloletnie doświadczenie w górach średnich nijak się nie przydało w konfrontacji ze wspinaczką himalajską.

Włosi

Kolejnym śmiałkiem, który do listy swoich osiągnięć postanowił dodać pierwsze wejście na K2 był Ludwik Amadeusz, książę Abruzzów. Zgromadził on imponujący zespół doświadczonych wspinaczy i naukowców; m.in. topografa Federico Negrotto, lekarza i geografa dr Filippo de Filippi, alpinistę i fotografa Vittorio Sella i jego asystenta – Erminio Botta, alpinistów – Josepha Petigaxa, Alexisa i Henry`ego Brocherel (wszyscy byli przewodnikami z miejscowości Courmayeur pod Mont Blanc), czterech tragarzy wysokogórskich – Emilie Brocherel, Ernest Bareux, Lorenzo Petigax i Albert Savoir. Kierownikiem zespołu i kwatermistrzem był Anglik z Kaszmiru – A. C. Baines. Wspaniale przygotowana wyprawa (13 Europejczyków i 360 kulisów) założyła 25 maja 1909 r. duży obóz główny u stóp K2 na wysokości 5033 m. Z tego miejsca wyruszały zwiady wspinaczy w celu znalezienia najdogodniejszej drogi na szczyt. Odkryty przez L. Amadeusza boczny zachodni lodowiec nosi nazwę Savoia – od rodowego nazwiska księcia. W czasie jednej z wypraw poszukiwawczych Alexis Brocherel odkrył, że czwarte z kolei – licząc od zachodu – żebro grani południowo-wschodniej wydaje się być obiecujące dla osiągnięcia celu. Jak się później okazało była to właśnie droga do sukcesu.

Mimo przeniesienia bazy do stóp żebra i przeprowadzenia kilku wypadów alpinistom udało się wspiąć zaledwie na wysokość 6000 m. Droga, która tylko w dolnej części sprawia średnie trudności, okazała się nie do przejścia dla Włochów. Prawdopodobnie zawiniło niedocenienie przez wspinaczy potrzeby aklimatyzacji. Wyprawa księcia Abruzzów była jednak krokiem milowym w drodze na szczyt K2. Odkryte przez nią – i nazwane później na jej cześć – „Żebro Abruzzi”, okazało się świetnym rozwiązaniem. 

Walter Bonatti pod K2 w futrzanych butach specjalnie zaprojektowanych na wyprawę (1954)

Amerykanie – pierwsza odsłona

Musiało upłynąć 28 lat zanim kolejni śmiałkowie pojawili się pod K2. Byli to Amerykanie pod przywództwem Charlesa S. Houstona. W skład ekspedycji weszli: Richard L. Burdsall, Robert H. Bates, Wiliam P. House i Paul K. Petzoldt. Był to doświadczony zespół. Każdy z uczestników miał już za sobą trudne wejścia w wielu górach świata. Pomocnikami wspinaczy było sześciu Szerpów pod wodzą sławnego Pasanga Kikuli. Patronat nad wyprawą objął American Alpinie Club.
12 czerwca 1938 r. założono bazę na lodowcu Godwin Austen. Pomimo poszukiwań lepszej drogi wszystko wskazywało, że należy podążyć śladem Włochów. Niestety wspinacze podjęli kilka nielogicznych decyzji – zespół w składzie House i Houston zawrócił z drogi po pokonaniu bez większych problemów pierwszych 400 m, gdyż nie znalazł odpowiedniego miejsca na obóz. Co gorsza – postanowiono przeprowadzić ponowny rekonesans na wschodzie. Jego jedynym wynikiem była strata czasu, wyprawa ponownie ruszyła śladem księcia Abruzzów, by dopiero 1 lipca założyć obóz na wysokości 5400 m. Od tego momentu amerykańscy alpiniści posuwali się systematycznie w górę, zakładając kolejne obozy. W pracy wysokościowej przyjęto najbardziej właściwy system wspinaczki. Zespół podzielony była na małe grupy – pierwsza dwójka „atakująca”, za nią kolejna para, a następnie 3 Szerpów ubezpieczających szlak i donoszących zapasy. Reszta czekała w odwodzie, aby w razie potrzeby donosić zapasy, zajmując się równocześni pracami topograficznymi.

Krokiem do przodu na przyszłej „via normale” na K2 było pokonanie 45-metrowego komina, stanowiącego jedyną drogę przez strome żebro nad obozem IV (6550 m). Poprowadził go po czterogodzinnej walce W. House, a odcinek ten na jego cześć nazywa się Kominem House`a. Po 19 dniach trudnej wspinaczki zespołowi Houston – Petzoldt udało się, jako pierwszym, przejść całe „Żebro Abruzzi”. I tu podjęto kolejną błędną decyzję – obawiając się, że droga powrotna może stać się niemożliwa z powodu przewidywanej zmiany pogody postanowiono przypuścić szybki, jednorazowy atak z założeniem w międzyczasie tylko jednego (VII) obozu. Przewidywano, że dwuosobowy zespół spróbuje osiągnąć możliwie najwyższą wysokość, a może nawet osiągnie szczyt. Szczęściarzami mieli być Bates i Houston. Po nocy spędzonej w VII obozie (7530 m) rozpoczęli atak. Wysokość znacznie opóźniała tempo marszu, koło południa wspinacze uświadomili sobie, że osiągnięcie szczytu jest w tym dniu niemożliwe. Choć znaleźli doskonałe miejsce na obóz wypadowy, musieli zawrócić – nie mieli ze sobą ekwipunku na biwak. Bates i Houston osiągnęli wysokość 7900 m, zawiodła jednak taktyka rush up. Wyprawa Amerykanów bardzo pomogła ich następcom – udowodnili oni, że można przejść „Żebro Abruzzi”, ale nad nim muszą być jeszcze założone co najmniej dwa obozy.

Amerykanie – druga odsłona

Drugą, nieudaną wyprawę amerykańską opisujemy szczegółowo w artykule o Fritzu Wiessnerze („Góry”, nr 4 (107), kwiecień 2003), dlatego w niniejszym tekście przechodzimy do omówienia kolejnych ekspedycji.

Ekwipunek uczestników wyprawy włoskiej (1954)Amerykanie nie dają za wygraną

Zmiany polityczne w Indiach po II wojnie światowej sprawiły, że dopiero w 1953 r. wspinacze uzyskali zgodę od rządu pakistańskiego na przyjazd w Karakorum. Kierownikiem kolejnej amerykańskiej ekspedycji został ponownie Charles S. Houston. Udało mu się zgromadzić imponujący zespół ludzi. Bob Bates, Georgie Bell, Bob Craig, Artur Gilkey, Dee Molenaar, Peter Schoening należeli do czołówki alpinistów amerykańskich. Wspomagał ich Anglik kpt. H.R. Streather i miejscowy lekarz M. Ata Ullach, który oddał wyprawie ogromne zasługi. Główną bazę założono u stóp Chogori 19 czerwca, stąd 8 alpinistów i 6 tragarzy z plamienia Hunza (z powodów politycznych Szerpowie nie mogli wziąć udziału w wyprawie) rozpoczęło transport ładunków i ustawianie kolejnych obozów. Po zainstalowaniu IV obozu (6450 m) alpiniści zostali sami – Hunowie nie wytrzymali trudów dalszej wspinaczki. Korzystając z doświadczeń poprzednich wypraw, Houston postanowił dokładnie wyekwipować wszystkie obozy – tak, aby droga powrotna nie okazała się pułapką. Plan ten udało się zrealizować m.in. przy pomocy zainstalowania ręcznego wyciągu linowego ponad „Kominem House`a”, którym w ciągu półtora dnia wciągnięto 400 kg ładunków. 31 lipca na wysokości prawie 7700 m stanęły namioty obozu VII, a doskonała kondycja wszystkich członków zespołu napawała nadzieją na zdobycie szczytu, od którego dzieliła ich trzydniowa wspinaczka. O dużej klasie wspinaczy świadczy fakt, że drużynę szturmową wyznaczono w tajnym głosowaniu, postanowiono też nie ujawniać, kto zdobędzie szczyt, aby chwała za wejście przypadła całej wyprawie. Do ataku wylosowane zostały dwie pary – Bell i Craig oraz Gilkey i Schoening. Tymczasem nadejście bardzo złej pogody unieruchomiło zespół w bazie. Kolejne dni upływały wspinaczom w oczekiwaniu na poprawę warunków atmosferycznych, która jednak nie nadchodziła. Zniszczenie jednego z namiotów rankiem piątego dnia było jakby zapowiedzią nadchodzącego nieszczęścia. 5 sierpnia Houston stwierdził zakrzep żylny w bolącej od jakiegoś czasu nodze Gilkey`a. Decyzja mogła być tylko jedna – natychmiastowa ewakuacja. Niestety, po przebyciu 100 m, z powodu niebezpieczeństwa lawin wszyscy musieli wrócić z powrotem do bazy. Zejście ze śmiertelnie chorym towarzyszem rozpoczęto dopiero 10 sierpnia. Podczas drogi pięciu wspinaczy miało niegroźny w skutkach wypadek, który jednak zmusił ich do biwaku. W czasie przygotowań lawina porwała Gilkeya. Paradoksalnie i tragicznie zarazem, ów wypadek uratował resztę ekipy, bowiem dalsze sprowadzanie ciężko chorego mogło skończyć się fatalnie także dla jego partnerów. Smutną pamiątka po amerykańskiej wyprawie był kopiec z głazów z czekanem Arthura Gilkeya.

Lino Lacedelli (1954)Wyczekiwany sukces

Włoska naukowo-alpinistyczna wyprawa z 1954 r, kierowana przez prof. Arditio Desio zebrała doświadczenia wszystkich poprzednich ekip. Kierownik, wraz z Riccardo Cassinem, przebywał jesienią 1953 r pod K2 na dwumiesięcznym rekonensansie. Spotkali wtedy powracających Amerykanów, którzy udzielili im cennych wskazówek. Rok później ekipa Włochów wyruszyła, aby zmierzyć się z K2, zaopatrzona w największy w dotychczasowej historii wypraw himalajskich, 16-tonowy bagaż. Równie skrupulatnie skompletowano członków ekipy – wybrano ich z 30 chętnych, w większości zawodowych przewodników alpejskich. Wśród szczęśliwców znaleźli się: Erich Abram, Walter Bonatti, Achille Compagnoni, Lino Lacedelli, Mario Puchoz, Ubaldo Rey, Gino Solda, Sergio Viotto, Ugo Angelino, Cirillo Floreanini i Pino Gallotti oraz lekarz G. Pagani i operator filmowy M. Fatin. Już na miejscu, w Skardu dołączyło do Włochów pięciu Pakistańczyków z płk. Ata Ullah na czele i 10 Hunzów. 
Dnia 29 maja 1954 r stanął pod K2, nie bez przygód, ogromny obóz główny – Italopeli del K2 – jak nazywał go Desio. Kierownik przygotował plan ataku bardzo dokładnie – fotografie, zwiad lotniczy(!), opisy i ustne przekazy od ekipy amerykańskiej zaowocowały ilustrowanym „Przewodnikiem po K2”. Z jego treścią każdy uczestnik musiał zapoznać się jeszcze we Włoszech. Sukces wyprawie miały zapewnić następujące wytyczne – „Żebro Abruzzi” miało być na całej wysokości ubezpieczone poręczówkami, II, V i VIII obóz planowano dodatkowo wzmocnić, transport między obozem I i IV chciano ułatwić poprzez założenie specjalnych wyciągów saniowych. Atak szczytowy z obozu VIII planowano przeprowadzić falowo dwoma parami – szturmową i wspierającą. Desio miał kierować przedsięwzięciem za pomocą nadajnika radiowego i pisemnych poleceń, nie wychodząc jednak – z powodu wieku – powyżej II obozu.

Każdy, nawet najdoskonalszy plan, mogą pokrzyżować fatalne warunki atmosferyczne. Sforsowanie dobrze znanego „Żebra Abruzzi” ekipa okupiła ciężką walką i utratą jednego uczestnika. Na zapalenie płuc zmarł w obozie II Mario Puchoz, a transport zwłok i pogrzeb zabrał wyprawie następny tydzień. Kolejnym nieszczęściem okazała się postawa Hunzów – pracowali niechętnie, porzucali ładunki i im było bliżej do szczytu, tym bardziej się buntowali. Przy zakładaniu obozu VI i VII odmówili pomocy. To, że wszyscy Hunzowie nie opuścili wyprawy Włosi mogli zawdzięczać tylko nieugiętej postawie Ata Ullaha.

Achille Compagnoni (1954)Pomimo spiętrzenia się wielu niesprzyjających okoliczności, ciągle kontynuowano wyprawę, choć ogólna sytuacja nie przedstawiała się optymistycznie. Dopiero 25 VII założono obóz VII, który należało jeszcze dodatkowo zaopatrzyć. Zawiodła całkowicie łączność radiowa z kierownictwem i zespół atakujący musiał sam podjąć decyzję – idziemy dalej czy wracamy? Wybrali pierwszą opcję. Dnia 28 VII wyruszyła w stronę szczytu szóstka wspinaczy: Abram, Gallotti, Bonatti, Compagnoni, Lacedelli i Rey. Ogromnym sukcesem było ustawienie przez Compagnoni i Lacedelli obozu IX na wysokości ok. 8050 m, co nikomu wcześniej się nie udało. Niestety, musieli oni spędzić w namiocie ciężką noc, gdyż nie udało się dostać do nich ekipie z zaopatrzeniem. Wspinacze zdawali sobie jednak sprawę, że mają ogromną szansę na zdobycie szczytu. Wola walki sprawiła, że następnego dnia o świcie, po starannym przygotowaniu sprzętu (z dziewiętnastokilogramowymi (!) aparatami tlenowymi) ruszyli pokonać K2. Po kilkugodzinnym, bardzo mozolnym podchodzeniu skończył się obydwu śmiałkom tlen w butlach, mimo to teren, w jakim przebywali, był na tyle niebezpieczny, że obaj zdecydowali się nadal taszczyć ciężką aparaturę na plecach, nie ryzykując jej ściągnięcia. Compagnoni i Lacedelli szli nadal, wierząc, że sukces jest już blisko i nie mylili się. Droga w górę skończyła się o godz. 18.00. Włosi zdobyli K2! Radość, uściski, pamiątkowe zdjęcie, pozbycie się tlenowej aparatury – wszystko zajmuje pół godziny. Następuje, przerywany kilkoma niegroźnymi na szczęście wypadkami, powrót do obozu VIII. Część drogi wspinacze musieli pokonywać w ciemnościach, jednak nadal sprzyjało im szczęście. Potwornie zmęczeni dotarli do oczekujących ich kolegów. 2 sierpnia zdobywcom pogratulował w bazie kierownik Desio, w świat poszła depesza; „Zwycięstwo odniesione dnia 31 lipca – wszyscy zdrowi – zebrani w obozie wyjściowym. Profesor Desio”.

Tak zakończył się kolejny rozdział w dziejach himalaizmu: człowiek stanął na drugim co do wysokości punkcie ziemi. Ostatecznie sukces odnieśli Włosi, ale do ich zwycięstwa przyczynili się wszyscy uczestnicy poprzednich wypraw. Na bazie zebranych przez nich doświadczeń, ich klęsk i sukcesów, następcy mogli osiągnąć wierzchołek „góry gór”.

Tekst: Jacek Tokarski    

„GÓRY” nr 4 (107), kwiecień 2003  

Partnerzy: