REKLAMA

Tatry to nie tylko sielankowanie

Taternik | 22 października 2020

Tatry są pełne sensacyjnych i pięknych historii. Przyciągają nietuzinkowych ludzi, stają się tematem dramatycznych historii – mówi Bartłomiej Kuraś, dziennikarz, pisarz, miłośnik Tatr, autor książki „Niech to szlak! Kronika śmierci w górach” (wydawnictwo Agora).

Przypominasz, jak w 1914 roku Włodzimierz Lenin utknął w szczelinie na Zawracie. Stanisław Gąsienica-Byrcyn, który go wówczas uratował, miał później żałować tego szlachetnego czynu. Ile w tym prawdy?

Bartłomiej Kuraś: Relacje były różne, ale wypadek faktycznie miał miejsce. Lenin nie mógł się wydostać z pułapki, a jego wołanie o pomoc miał usłyszeć właśnie Gąsienica-Byrcyn, przewodnik tatrzański. Po latach wożono nawet Staszka po szkołach, gdzie opowiadał uczniom, jak to wodza rewolucji ratował. A że lubił sobie czasami golnąć, na koniec takich spotkań zwykł mówić: Kieby jo wiedział, co te rącki narobią! Chyba trochę żałował, patrząc na otaczającą go rzeczywistość, że w kronikach śmierci nie zapisało się nazwisko rosyjskiego obywatela i miłośnika tatrzańskich szlaków.

Ale inne się zapisały. Na Orlej Perci śmierć zbiera krwawe żniwo niemal od samego początku.

Nie zdawałem sobie nawet sprawy, że taka jest skala wypadków. Przed majówką, jakieś 10 lat temu z ciekawości postanowiłem to sprawdzić. Zadzwoniłem do Adama Maraska, wicenaczelnika TOPR, który obiecał poszukać dokładnej liczby, ale rzucił też, że w ten nadchodzący długi weekend będzie setna ofiara Orlej Perci. Dziś jest więc grubo ponad sto i wcale się nie dziwię tej częstotliwości. W wakacje do drabinek na Orlej była taka kolejka, że czekało się ok. 1,5 godziny. Szlak ten stał się jakąś chorą obsesją ambicjonalną. Podobnie jak Rysy, oblegane dziś jak Krupówki.

Nawet niedźwiedzie lubią się tam przespacerować.

Tak, opowiadał mi o tym Filip Zięba, naukowiec i przyrodnik TPN, który o tatrzańskich drapieżnikach wie wszystko. Dzięki temu, że się je monitoruje i mają obroże telemetryczne, udało się zaobserwować, że jeden zwinny okaz urządził sobie wyprawę przez Rysy na Słowację. Miałem i ja swoją próbę z niedźwiedziem. Kiedyś z Pawłem Ulatowskim, krakowskim fotografem, chcieliśmy zajrzeć do gawry w dolinie Filipka, na szczęście po drodze ochłonęliśmy i wycofaliśmy się z durnego pomysłu. Nie trzeba się mieszać do świata zwierząt.

W książce przytaczasz opowieść o spotkaniu turystów z niedźwiedziem, o którym parę lat temu było głośno. To jedna z najokrutniejszych górskich relacji, bo skończyła się zabiciem młodego zwierzęcia. Poznałeś tych ludzi?

Jeździłem na procesy i byłem bardzo zdziwiony postawą owych ludzi. Ten wypadek pokazuje zderzenie cywilizacji z dziką przyrodą, zderzenie dwóch światów. O tych światach właśnie myślałem, przygotowując książkę. Nie wszyscy zdają sobie bowiem sprawę, że parę kilometrów od Krupówek zaczyna się rzeczywistość, w której rządzą prawa przyrody i w której jesteśmy gośćmi, a nie gospodarzami. W tym innym świecie możemy spotkać kozice, świstaki czy niedźwiedzia. Turyści, o których zrobiło się głośno w całej Polsce, na swoim szlaku zobaczyli młodego niedźwiadka. Twierdzili, że się przestraszyli, choć wcześniej dawali mu bułki i prawdopodobnie chcieli sobie z nim zrobić zdjęcia. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, więc postanowili zwierza utopić. Ba, byli nawet z tego dumni. Zostali skazani, nie uwierzono im, że zamordowali w obronie własnej. To pierwszy i jedyny na szczęście przypadek w Tatrach, kiedy zwierzę zostało w tak bestialski sposób zabite.

Niewiedza, ignorancja, pycha? Zaczynasz książkę od historii sprzed roku, kiedy na Giewoncie rozszalała się burza. W tym przypadku na tragedię nałożyły się chyba wszystkie ludzkie postawy?

To powszechne zachowania: do nocy na Krupówkach, potem późne śniadanie i około 12 wyjście na szlak. No i jaka burza, skoro świeci słońce? Pamiętam, byłem w Tatrach kilka dni wcześniej, bo przygotowywałem materiał o grotołazach, którzy utknęli w jaskini, i akcji ratunkowej, też zresztą różnie komentowanej. Dzień przed tą tragedią robiłem wywiad z Poldkiem Rajwą. Moja rodzina ma dom w Gliczarowie Górnym, stamtąd doskonale widać panoramę gór: od Tatr Wysokich, przez Giewont i całe Tatry Zachodnie, aż po Babią Górę w Beskidach. Pamiętam dobrze, jak wczesnym popołudniem siedziałem na ganku z kawą i widziałem, co się dzieje, myślałem, co się z tego rozpęta. Potem rozmawiałem z ludźmi z TPN, którzy siedzieli w Kuźnicach – nie spodziewali się takiej nawałnicy, bo z dołu nie było tego tak dobrze widać. Kiedy zaczęło grzmieć i pojawiły się pierwsze błyski, część ludzi szła dalej, bo przecież tak tylko straszy, a dzień piękny, świeci słońce. Zginęły 4 osoby.

Piszesz, że można było się tego spodziewać. Można?

To słowa Jana Krzysztofa, naczelnika TOPR, który od razu, na gorąco komentował tragedię. Podkreślał, że nieprawdą jest, iż burza przyszła nagle, bo były sygnały. Jasne, nie było mocnego alertu, ale burzy nie da się przewidzieć tak dokładnie jak choćby deszczu, co do minuty. Mogło rąbnąć w Giewont, mogło w Starorobociański Wierch albo w Tatry Wysokie. Od rana wiadomo było, że idzie front burzowy, a Giewont to miejsce odsłonięte, które lubi przyciągać pioruny. I przyciągnęło. Poszkodowanych było aż 100 osób. Nie dziwi mnie to. Przy tak masowej turystyce, gdzie liczba odwiedzających dochodzi już do 4 milionów rocznie, o wypadki naprawdę nietrudno.

Patrząc na zdjęcia z tych wakacji, niewiele się zmieniło.

Ten rok jest szczególny, bo góry miały chwilę wytchnienia, o czym też jest rozdział w tej książce. Niedźwiedzie znowu mogły zrobić kupę w spokoju, a krokusy nie zostały zadeptane. Tatry nie pamiętały takiego momentu. Kiedy TPN ogłosił, że od 4 maja otwiera szlaki, telefony do właścicieli kwater zaczęły się urywać. Ludzie nie wyjechali za granicę poszli w góry.

Z tym „poszli w góry” różnie bywa. Maria Gruszkowa mówi w Twojej książce, że turystów dzieli w zależności od tego, gdzie śpią. Tych z czterogwiazdkowych hoteli raczej na szlakach nie spotkasz. Myślisz podobnie?

Jest takie powiedzenie przewodników: im wyżej w górach, tym ciekawsi ludzie. Niektórym wystarczy pokój z widokiem na Gubałówkę, inni chcą wejść w szpilkach na Giewont czy podjechać wozem do Morskiego Oka. Jeszcze inni nie wiedzą, gdzie są Krupówki, i mogliby mieć problem, by na nie trafić; świetnie za to odnajdują się na tatrzańskich szlakach. Tam nie mają kłopotów z orientacją.

Chciałeś napisać książkę o tym, że góry są dobrym miejscem na umieranie?

Nie, chciałem przestrzec ludzi. Ostatnio wpadła mi w rękę świetna książka Agnieszki Lisak, wydana przez Czarne, „Sielankowanie pod Tatrami”. I faktycznie można w niej przeczytać o ludziach, którzy przyjeżdżali pod Tatry wyłącznie imprezować. Ale skala ofiar pokazuje, że jak się idzie w góry, można z nich nie wrócić. Do tego dochodzą różne kryminalne historie, które dzieją się w tak pięknych okolicznościach przyrody, niektóre mają motyw romantyczny, inne wyłącznie zbrodniczy. Zamysł pojawił się kilka lat temu, kiedy liczba odwiedzających Tatry zaczęła rosnąć lawinowo, kiedy zaczęli ginąć także ci, którzy góry znali i po nich chodzili, a nie tylko ci, którzy się źle ubrali czy zignorowali prognozy pogody. Chciałem zebrać te sprawy, o których się zapomina. Kto dziś pamięta Wojciecha Gąsienicę-Byrcyna i jego woltę, kiedy nie wpuścił do parku delegacji MKOL-u, która chciała organizować w górach olimpiadę?

Tytuł „Niech to szlak” nie odnosi się tylko do wypadków, mówi też o tym, czym się stały szlaki, czym stały się Tatry. Mamy niewątpliwy skarb, mamy go chronić czy komercjalizować, budować kolejne stacje narciarskie, ośrodki? Wiemy, ile kosztuje metr ziemi w Zakopanem, przebija stawki warszawskie. Wyobraźmy sobie, co by było gdybyśmy wyłączyli jedną dolinę tatrzańską pod urbanistykę, co by się wtedy stało? Gdzie jest ta granica, gdzie jest koniec?

Powinniśmy kontrolować ruch turystyczny, ograniczyć go?

Napisałem, że wraz z turystami śmierć na stałe zagościła w Tatrach, bo tak uważam. Powinniśmy zacząć o tym rozmawiać. Zorganizować debatę. Kiedyś o wprowadzeniu limitów mówił ówczesny szef TPN Wojciech Gąsienica-Byrcyn, ale go skrytykowano, zahukano, że to odstraszy turystów. Ale przecież w różnych miejscach na świecie takie limity są, np. we Włoszech, i ludzie tam nadal chodzą.

To zmniejszyłoby liczbę wypadków?

Na pewno góry stałyby się bezpieczniejsze, bo przecież liczba wypadków co roku rośnie. Co oczywiście nie jest równoznaczne z tym, że wszystkie tragedie biorą się z nadmiernego ruchu turystycznego. W swojej książce opisuję np. wielkie dramaty, jak lawina, która w 2003 roku porwała dziewięcioro licealistów z Tychów. Uratowała się wówczas tylko jedna dziewczyna.

Nie chciałbym jednak, by „Niech to szlak” był czytany wyłącznie jak kronika śmierci. To książka, która ma zwrócić uwagę na wszystkie te zjawiska, które w Tatrach stają się jaskrawsze, ale też pokazać magnetyzm gór, ich fenomen, który przyciąga niesamowicie ciekawych ludzi. Tak jak przyciągnął współautorkę „Wielkiej Encyklopedii Tatrzańskiej” Zofię Radwańską-Paryską, Józefa Oppenheima, ratownika i długoletniego naczelnika TOPR, Michała Jagiełło czy pewnego doktoranta filozofii z Krakowa, który postanowił rzucić wszystko i zostać juhasem na Podhalu. Miała to być trzymiesięczna przygoda, dziś po latach wciąż mieszka pod Tatrami, w Kościelisku, i jest szczęśliwym człowiekiem.

Tatry to też niewyjaśnione tajemnice, jak tragedia rodziny Kaszniców.

To jedna z ciekawszych historii, którą opisał i próbował po latach rozwikłać Maciej Kwaśniewski, dziennikarz i redaktor naczelny „Taternika”. Do dziś nie wiemy tak na sto procent, co było przyczyną śmierci warszawskiego prokuratora Kazimierza Kasznicy. Rodzina, która w sierpniu 1925 roku przez Lodową próbowała dotrzeć do Doliny Jaworowej, i taternik Ryszard Wasserberger, który im towarzyszył, nagle źle się poczuli. Umierali jeden po drugi, przeżyła tylko Kasznicowa, która czuwała przy ciałach 37 godzin. Później zresztą okrzyknięto ją morderczynią. W tamtym roku z inicjatywy Maćka Kwaśniewskiego podczas Spotkania z Filmem Górskim w Zakopanem odbyła się rekonstrukcja przejścia. Wiele wskazuje, że przyczyną tych śmierci była hipotermia, ale kto wie? Takich filmowych opowieści jest zresztą więcej, losy Józefa Oppenheima, który został zamordowany przez nieznanych sprawców we własnym domu, także są gotowym scenariuszem. Bez takich historii Tatry byłyby inne. Pamięć się zaciera, chciałem, by część z tych ludzi i opowieści została zapisana i zapamiętana. Po to ta książka.

 

 

„Niech to szlak! Kronika śmierci w górach”
Bartłomiej Kuraś
Agora SA

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: