REKLAMA

Bezpieczny Kazbek: Jak ratuje się ludzi w Kaukazie

Taternik | 30 października 2019

Kazbek to popularny szczyt w Gruzji. Mimo że nie ma tu trudności technicznych, niedostateczne przygotowanie turystów sprawia, że w tej części Kaukazu dochodzi do wielu wypadków, także śmiertelnych. Od kilku lat w bazie na wysokości ok. 3600 m n.p.m. grupa polskich ratowników prowadzi dyżur ratowniczy – to inicjatywa „Bezpieczny Kazbek”.

Regularny dyżur zaczęli w 2016 r. w piątkę w kilku małych namiotach zabezpieczonych kamieniami. Teraz prowadzą pod Kazbekiem bazę ratowniczą z profesjonalnym ambulatorium i zapleczem technicznym. Ich jedyną zapłatą jest podziękowanie poszkodowanego – na działalność w Gruzji ratownicy poświęcają prywatny czas, docierają i żyją tam za własne środki. Każdego roku udzielają pomocy prawie 300 osobom, przeprowadzają kilkadziesiąt ewakuacji medycznych i kilkanaście wypraw ratunkowych.

O specyfice tej pracy rozmawiamy z Marcinem „Medykiem” Błeńskim.

Jakie są najczęstsze problemy, z którymi spotykacie się podczas pracy pod Kazbekiem?

Marcin Błeński: Najczęściej jest to oczywiście choroba wysokościowa i wszystkie dolegliwości z nią związane. W drugiej kolejności mniejsze i większe urazy. Poważne wypadki stanowią zaledwie ok. 10 proc. wszystkich naszych działań.

Jakie są przyczyny interwencji? Głównie złe przygotowanie?

Tak. Albo przeszacowanie możliwości.

Dotyczy to pewnie przede wszystkim osób, które zaczynają swoją przygodę z wysokimi górami na Kazbeku?

Niekoniecznie, ale na pewno to one stanowią większość. Osobną kategorię tworzą ludzie z dużym doświadczeniem, którzy właśnie kończą karierę, z nimi także mamy do czynienia. Co roku ewakuujemy kilka, kilkanaście takich osób. Są to sześćdziesięcio- lub siedemdziesięciolatkowie, którzy np. przyjeżdżają z dziećmi czy wnukami, by przekazać im wiedzę. Mimo sporego doświadczenia organizm ich zaskakuje, reagując inaczej niż kiedyś. Często dochodzi do tego przerwa w aktywności górskiej poprzedzająca przyjazd.

Jak wygląda wtedy działanie?

Ściągamy ich z góry, pomagamy stacjonarnie w ambulatorium, bo często są to typowo kardiologiczne problemy. Nie góry, nie wypadek, tylko interna.

Wasze najbardziej ekstremalne akcje ratownicze?

Jeśli chodzi o wypadki, to wszystkie szczelinowe. Wtedy wchodzą w grę mocno techniczne działania. Ale realnie rzadko kiedy dostajemy się wystarczająco szybko na miejsce zdarzenia, żeby trzeba było działać technicznie i wyciągać kogoś ze szczeliny. Najczęściej w takich sytuacjach pomaga przewodnik przechodzący nieopodal z grupą lub ktoś ogarnięty – to on wyciąga poszkodowanego wcześniej. Wtedy nasza robota ogranicza się do medycyny i transportu na dół.

W czasie trwania projektu kilka razy musieliśmy organizować duże ewakuacje, transporty z okolic samego szczytu. Są to bardzo długie operacje, trwające ponad dobę. Przykładem może być wypadek ze złamaną nogą, kiedy poszkodowany nie był w stanie samkontynuować zejścia. A najbardziej feralny przypadek to piorun, który uderzył na samym szczycie Kazbeku.

Pewnie nie zdarzało się Wam prowadzić dwóch równoległych akcji?

Zdarzyło się, że dostaliśmy dwa zgłoszenia jednocześnie albo jedno po drugim. Wtedy wiedzieliśmy, że po zakończeniu jednej akcji musimy od razu ruszać do drugiej. Na szczęście za każdym razem były to lżejsze urazy, które pozwalały poszkodowanemu spokojnie poczekać na pomoc.

Ludzie idą do góry mimo złej pogody?

Przy złej pogodzie prawie nikt nie wychodzi. Zdarza się tak, że ludzie mają bardzo duże ciśnienie czasu – bo urlop się kończy, bo bilet na samolot jest wykupiony – i to powoduje, że częściej podejmują głupie ruchy. Widać to przede wszystkim po grupach komercyjnych. Na szczęście w polskich tego typu grupach są doświadczeni liderzy. Ludzie, którzy podchodzą do wspinania w górach bardzo profesjonalnie.

Jak wygląda Wasza współpraca z Gruzinami? Wy zarządzacie całą akcją ratowniczą? Tak, tak to działa. Tak naturalnie ułożyła się nasza współpraca. Teraz już wprost się na to umówiliśmy, że my odpowiadamy za całą akcję powyżej lodowca, czyli mniej więcej od poziomu 3300 m. Koordynujemy działania powyżej tego pułapu, a Gruzini dołączają do nas jako wsparcie. Wynika to z prostoty tej sytuacji – ponieważ bazujemy na wysokości 3600 m, w miejsce wypadku dotrzemy szybciej. Cokolwiek by się działo, my zaczniemy akcję szybciej.

Co więcej, Gruzini chyba się zorientowali, że wiemy więcej na temat taktyki ratowniczej i umiemy dobrze zorganizować akcję. Teraz po prostu współpracujemy w ramach modelu, w którym my przeprowadzamy akcję u góry, po czym w systemie rendezvous docierają Gruzini i odbierają poszkodowanego. To jest nam na rękę, bo nie musimy schodzić nisko, a potem wracać do bazy. Schodzimy tylko do podstawy lodowca, czasami nawet przekazujemy poszkodowanego u nas w bazie, gdzie czekają już Gruzini, żeby ściągnąć go na dół. Jest to komfortowa sytuacja zarówno dla nas, jak i dla nich. Uważam, że teraz działa to właściwie. W sytuacji kiedy mamy jakąś bardziej rozbudowaną akcję, Gruzini dotrą do nas z noszami i wesprą nas jako drugi rzut.

Jak finansujecie sprzęt, który używacie?

Większość sprzętu dostajemy od partnerów sprzętowych, z którymi współpracujemy. Jeśli chodzi o rzeczy outdoorowe, to ubiera nas i wyposaża w śpiwory Aura. I jest to naprawdę dobra współpraca. Podobnie działa to, jeśli chodzi o sprzęt medyczny, którego mamy bardzo dużo właśnie dzięki wsparciu partnerów. Kluczowe dla nas jest to, że dostajemy sprzęt wysokiej klasy. Firmy nie mają problemu z tym, żeby nas w taki sposób wesprzeć. Część sprzętu – mam na myśli ten najdroższy – jest nam udostępniana na dyżur. Po powrocie oddajemy te rzeczy, a po roku znów bierzemy.

To sprzęt przeznaczony wyłącznie do ratownictwa?

Część to sprzęt przeznaczony do ratowania w górach, ale korzystamy też z tego przeznaczonego do pracy w innych środowiskach, w szczególności ze sprzętu medycznego. Dzięki temu, że mamy w projekcie bardzo doświadczonych medyków, mamy dostęp do nowinek sprzętowych. Jedną z nich jest USG do pracy w ratownictwie. W ten sposób wyprzedzamy pewne trendy, bo na razie nawet w ratownictwie medycznym USG przedszpitalne to temat rzadki. A my pod Kazbekiem mamy dwa takie urządzenia i ludzi, którzy potrafią, chcą i wiedzą, jak się z tym sprzętem obchodzić i jak go użyć, żeby ratował życie. Dzięki możliwości badania USG, EKG, pulsoksymetrii, ciśnieniajesteśmy w stanie dużo sprawniej diagnozować wiele stanów zagrożenia życia i zdrowia. Takie możliwości robią wrażenie nawet na ludziach, którzy znają się na temacie. Ba, na lekarzach ze szpitala w Tbilisi!

W tym roku wdrożyliśmy zestaw butli tlenowych wykonanych z kompozytów. Dzięki temu nawet dwójka ratowników idąca do poszkodowanego na lekko może taką butlę zabrać. Jest to bardzo rzadkie udogodnienie. Udało nam się też – we współpracy z Aurą– przygotować specjalny zestaw śpiworów ewakuacyjnych. Przedstawiliśmy im listę problemów i oczekiwań, które wiążą się z procedurą transportu poszkodowanego, a oni zaprojektowali dwa śpiwory, realnie odpowiadające na nasze potrzeby. Przyznam, że nie spotkałem się z drugim takim kompletem, budzi on zainteresowanie wśród innych ekip ratowniczych, bo bardzo ułatwia nam pracę podczas ewakuacji. Ale, dostosowując nosze do specyfiki pracy w naszym terenie, stosujemy także materace dmuchane z Decathlonu.

Na początku pewnie nie dostawaliście sprzętu?

Nie. Ale początek projektu był na tyle szczęśliwy, że udało nam się uzyskać wsparcie finansowe z funduszu prewencyjnego PZU.

Nadal współpracujecie z PZU?

Nie, ta współpraca umarła. Od PZU udało nam się dostać jednorazowe dofinansowanie, które pozwoliło wystartować z projektem, kupić sprzęt dla ratowników i zapewnić jakieś podstawowe rzeczy. Dzięki temu mamy jeszcze sporo sprzętu, który pracuje do dzisiaj, np. podwaliny naszego systemu łączności.

Jak teraz finansujecie działalność?

Nadal większość finansowania to po prostu pieniądze ratowników. Oczywiście prowa-dzimy zbiórki, kampanie, które miałby nam pomóc zebrać trochę środków, ale ciągle w skali całego projektu są to niewielkie sumy. To nie są pieniądze, które pozwoliłyby nam funkcjonować, a co dopiero rozwijać się. Brakuje nam pieniędzy na podstawowe rzeczy: materiały informacyjne, działania promocyjne, prewencyjne czy bilet do Gruzji. Na to zupełnie nie ma kasy.

Czy macie wsparcie od polskich struktur wspinaczkowych, takich jak np. PZA?

Mamy patronat PZA, ale nie przekłada się to na wsparcie finansowe. Udało się nam uzyskać patronat, co jest dość trudną rzeczą, bo PZA nie ma tego w zwyczaju. Ten patronat był nam bardzo potrzebny. Dzięki niemu zyskaliśmy wiarygodność w środowisku górskim. Otworzył nam też drzwi do świata ludzi gór. Po jego uzyskaniu skończyły się problemy w kontakcie ze znanymi nazwiskami.

Mieliście wcześniej takie problemy?

Dwukrotnie dostawaliśmy odpowiedź typu: „Słuchajcie, nie mogę się w to zaangażować, bo musiałoby to być klepnięte jakoś przez PZA”. Na przykład, był kiedyś pomysł, żeby nawiązać współpracę z osobą o mocno medialnym nazwisku, ale wszystko rozbiło się wtedy właśnie o brak patronatu PZA. I to była wystarczająca motywacja, by pójść do związku.

Z kim obecnie współpracujecie?

Mamy kilka osób, z którymi utrzymujemy kontakt: Rysiek Pawłowski, Krzysiek Wielicki i oczywiście Monika Witkowska, która jest naszym dobrym duchem.

Do kogo chcecie dotrzeć?

Problem polega na tym, że nie musimy i nie chcemy już docierać do środowiska górskiego czy ratowniczego, bo nas tu znają. Musimy docierać do szerokiej publiki, uświadamiać jej, że prowadzimy dyżur ratowniczy pod Kazbekiem w Gruzji, że gdzieś tam reprezentujemy Polskę i jesteśmy swojego rodzaju ambasadą. A to jesteśmy w stanie uzyskać tylko w oparciu o mainstreamowe media albo o nazwiska, które ludziom spoza środowiska kojarzą się z górami i to w skali wielkoformatowej. Jeśli mamy zbierać fundusze z jednego procenta, to środowisko górskie czy ratownicze jest za małe, żeby to miało jakieś przełożenie na funkcjonowanie projektu.

Rozmawiał: Mateusz Seler (Aura). Zdjęcia: Sławek Skrzeczyński

 

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: