REKLAMA

Wypadek na Kazalnicy Cubryńskiej

Taternik | 19 lipca 2021

Pisze: Bogusław Kowalski, instruktor alpinizmu PZA, biegły sądowy z zakresu wspinaczki w Sądzie Okręgowym w Toruniu i Nowym Sączu

27 marca 2021 r. na Kazalnicy Cubryńskiej wydarzył się wypadek,
który spowodowany był błędem podczas zjazdu. To kolejne tego typu zdarzenie w ciągu ostatniego roku. Tym razem w wyniku splotu okoliczności nie okazał się tak tragiczny, jak ten na Niebieskiej Turni (analiza autorstwa Marka Kujawińskiego została opublikowana w „Taterniku” 4/2020). Wypadek wywołał duże poruszenie i wiele komentarzy. Poza „zwykłymi” wspinaczami szczególnie zainteresowani
poznaniem jego przyczyn byli instruktorzy, przewodnicy i ratownicy. Powodem tego była podana przez uczestników zdarzenia przyczyna wypadku – wyrwanie stanowiska podczas zjazdu.
Publikowana analiza powstała w oparciu o rozmowy ze wspinaczami, którzy spadli wraz ze stanowiskiem, a także ratownikami, którzy tego dnia pełnili dyżur, oraz z kilkoma przewodnikami i instruktorami. Celem tego materiału nie jest obciążenie kogokolwiek winą, ale zrozumienie przyczyn intrygującego skądinąd zdarzenia. W obliczu kolejnego wypadku związanego ze zjazdem na linie instruktorzy PZA szkolący w górach stanęli przed pytaniem o modyfikację metod. Stąd tak istotne jest właściwe zdiagnozowanie przyczyn wypadku.
Piszący te słowa podjął się tego wyzwania, mając świadomość, że brakuje
wszystkich danych, które pozwoliłyby bezsprzecznie ustalić faktyczny przebieg wydarzeń i przyczyny awarii stanowiska zjazdowego. Zacznijmy zatem od zapoznania się z przebiegiem zdarzeń, które miały miejsce na Kazalnicy Cubryńskiej.


Relacja z Kroniki TOPR oraz sprostowanie nieścisłości


Tego dnia na Kazalnicy Cubryńskiej wspinały się dwa zespoły taterników: jeden trzyosobowy, drugi dwuosobowy. Zespół dwuosobowy około 18 wycofywał się ze ściany zjazdami. Podczas kolejnego zjazdu jeden z taterników zahaczył rakiem o łydkę, w wyniku czego doznał rany szarpanej i krwawienia. Będący na stanowisku kolega opuścił go w dogodne miejsce i sam zaczął przygotowywać się do zjazdu. W tym czasie do jego stanowiska dojechało dwóch taterników z trzyosobowego zespołu. Wpięli się do
tego samego stanowiska. Podczas jakichś manewrów wyrwali stanowisko, ale jeden z nich złapał się jakiejś pętli i utrzymał wszystkich. Powiadomiono TOPR. Ze względu na krwawiącą ranę z centrali wyruszyło ośmiu ratowników, którzy po 23 dotarli pod ścianę. W tym czasie dwuosobowy zespół zjechał też pod ścianę. Stamtąd ratownicy przetransportowali rannego do Morskiego Oka i dalej samochodem przewieźli do
szpitala. Trójkę pozostałych taterników, którym nic nie dolegało, poproszono, by zabiwakowali do rana, by przy użyciu śmigłowca ich ewakuować. Wcześnie rano wystartował śmigłowiec, ale nie był w stanie przebić się przez chmury, tak że musiał lądować na Włosienicy i czekać na poprawę widoczności. Z chwilą poprawy pogody śmigłowiec poleciał po taterników, którzy zostali windą wciągnięci na jego pokład i przetransportowani do Morskiego Oka.

W celu uzupełnienia należy dodać, że nie było dwóch wypadków: jednego powodującego uraz nogi wspinacza i drugiego, podczas którego wypadło
stanowisko (drugie w kolejności, licząc od góry). Faktyczny przebieg awarii
wyglądał następująco: pierwszy zespół (dwuosobowy) zjeżdżał z drugiego stanowiska (jeden ze wspinaczy był już na trzecim z kolei), w tym czasie drugi zespół dojeżdżał do drugiego stanowiska – tego, które zostało wyrwane (znajdowało się przy nim dwóch wspinaczy z zespołu drugiego, trzyosobowego, zespołu, a trzeci właśnie rozpoczął pierwszy zjazd). Gdy drugi wspinacz z zespołu dwuosobowego rozpoczął zjazd, to stanowisko wypadło i ów taternik doznał bolesnej kontuzji nogi. Ten dość zagmatwany opis obrazuje rys. 1. Zatem wbrew temu co napisano w raporcie z akcji ratowniczej, zdarzenie było jedno – wyrwanie stanowiska spowodowało upadek i bolesne zranienie rakiem.

Nieznalezienie pierwszego stanowiska zjazdowego


Zespół dwójkowy wszedł później w drogę Lewy Filar Kazalnicy Cubryńskiej. Jako że poruszał się szybciej, to podczas wspinaczki wyprzedził wolniejszy zespół trójkowy. Po dotarciu do końca drogi zespół dwójkowy zaczął przygotowywać się do zjazdu. Jak się okazało, ze stanowiska, które znajduje się powyżej oryginalnej linii zjazdów na drodze Momatiuka.
Relacja wspinacza z zespołu dwuosobowego: Pierwsze stanowisko było prawdopodobnie za wysoko, repy, a nie oryginalnie z poręczówką.
Relacja wspinacza z zespołu trójkowego: Pierwsze stanowisko było z bloku, na którym założone są dwie taśmy. To pierwsze stanowisko, z którego zjeżdżaliśmy, jest kawałek dalej niż to, które jest zaznaczone na top.
Określenie faktycznego miejsca, z którego oba zespoły wykonywały pierwszy zjazd, ma istotne znaczenie, a nieznalezienie oryginalnego stanowiska spowodowało poważne konsekwencje. Ważny jest fakt, iż zjazdy drogą Momatiuka rozpoczynają się ze stanowiska, które ze względu na długość zjazdu – ponad 60 m – obniżone jest poprzez dodanie krótkiego fragmentu (6-8 m) liny. Aby dojechać do kolejnego stanowiska, należy linę zjazdową przełożyć przez ową „przedłużkę”. A i tak wówczas 60-metrowa lina „na styk” sięga do stanowiska poniżej. Pominięcie oryginalnego stanowiska zjazdowego i rozpoczęcie zjazdów kilkanaście (?) metrów powyżej oraz nieświadomość faktu, że w rzeczywistości zjazd rozpoczyna się o dodatkowe metry niżej („przedłużka”) doprowadziły do tego, że zespół dwuosobowy, zjeżdżający jako pierwszy, po dojechaniu do końca liny znalazł się około 20 m powyżej drugiego (oryginalnego stanowiska).
W związku z tym musiał założyć własne, z wbitych samodzielnie haków. Do
budowy tego stanowiska przejdziemy za chwilę.
Wspinacze mając świadomość, że nie znajdują się na oryginalnej linii zjazdów, zaczęli szukać stanowiska z drogi Momatiuka. Ich poszukiwania trwały około godziny. Wyglądało to w ten sposób, że jeden ze wspinaczy zjechał około 10- 15 m i przeszukiwał teren, próbując namierzyć oryginalną linię zjazdów (fot. 1).
Po bezskutecznych poszukiwaniach zespół zdecydował się zjeżdżać własną linią, mniej więcej wzdłuż Prawego Filara Cubryny. Pierwszy ze wspinaczy zjeżdżał we względnie łatwym, głównie śnieżnym terenie. W tym czasie do stanowiska, z którego zjeżdżał pierwszy z zespołu dwójkowego, dojechał pierwszy, a następnie drugi wspinacz z zespołu trójkowego. Jednocześnie pierwszy zjeżdżający z zespołu dwuosobowego założył kolejne, trzecie, stanowisko zjazdowe.
W efekcie konfiguracja całej piątki wyglądała następująco: pierwsze (górne)
stanowisko opuścił ostatni z trójkowego zespołu. Na niższym stanowisku
znajdowali się dwaj wspinacze z zespołu trójkowego oraz jeden z zespołu
dwójkowego. Natomiast na najniższym stanowisku – założonym samodzielnie z trzech haków – znajdował się drugi wspinacz z zespołu dwójkowego (rys. 1).
Relacja wspinacza z zespołu trójkowego: Wypadek wydarzył się, kiedy druga osoba zaczęła zjeżdżać, wówczas byłem razem z kolegą (byliśmy w drugim zespole i nie znaliśmy się z chłopakami z pierwszego zespołu) wpięty do tego stanowiska, ale kolega nawet go nie obciążał. Stanowiska nie obciążały więc 3 tylko 2 osoby.
Relacja poszkodowanego: W stanowisku był drugi z zespołu dwuosobowego (poszkodowany) i pierwszy z zespołu trzyosobowego. Natomiast drugi z zespołu trzyosobowego był dopięty do stanowiska, ale również do liny i obciążał stanowisko do góry.
Wspomniane nieobciążenie stanowiska przez drugą osobę z zespołu trzyosobowego mogło mieć kluczowe znaczenie i zostanie omówione w dalszej części analizy.

Wypadek


Drugi wspinacz z zespołu dwuosobowego rozpoczął zjazd i po około 2-3 m
zaczął spadać wraz ze stanowiskiem. To urwało się i dwie osoby oczekujące
na swoją kolej (z zespołu trójkowego) również zaczęły się zsuwać. Na szczęście teren był dość połogi, a ponadto po całym dniu śnieg był na tyle miękki, że wspinaczom udało się wyhamować. Zjeżdżający wspinacz po wypadnięciu stanowiska poleciał głową w dół na plecach i podczas zsuwania się przeorał rakiem o łydkę, doznając bolesnej kontuzji.
Relacja wspinacza z zespołu trzyosobowego: Stanowisko wyrwało, kiedy zjazd zaczął drugi chłopak z tamtego zespołu, zdążył przejechać nie więcej niż 3 m. W miejscu, gdzie to się zdarzyło, było stosunkowo łagodnie, tzn. dało się stać w śniegu. Gdybym się tamtędy wspinał, to określiłbym to miejsce jako jedynkowy wyciąg, może dwójkowy, ale na pewno nie więcej. Kiedy wyrwało stanowisko, zaczęliśmy zjeżdżać, kolega złapał za linę, a ja i chłopak z tamtego zespołu natychmiast zaczęliśmy hamować. Myślę, że każdy z nas przyczynił się do szybkiego zredukowania siły, a szybkie wyhamowanie szczęśliwie umożliwiły warunki, jakie tam panowały. Zsunęliśmy się
nie więcej niż 3, może 4 m.

Relacja poszkodowanego: Po 2-3 m poczułem luz na linie i poleciałem głową
w dół na plecy. Zacząłem spadać, ale się zatrzymałem. Gdy spytałem kolegów na stanowisku, co się stało, to usłyszałem, że stanowisko wypadło.
Po wyhamowaniu nastąpiła seria rozmów z TOPR-em i pomiędzy zespołami.

W ich efekcie zespół trzyosobowy postanowił wrócić na wierzchołek Kazalnicy Cubryńskiej i tam oczekiwać na ratowników. Wspinacze zrobili to, używając jako poręczówki swojej liny zjazdowej, która wciąż wisiała na pierwszym stanowisku. Zespół drugi postanowił natomiast kontynuować zjazdy do podstawy ściany. Głównym powodem była rana wspinacza, który w wyniku upadku ze stanowiska zjazdowego przeorał rakiem nogę. Rana mocno krwawiła, była na tyle głęboka i bolesna, że poszkodowany chciał uniknąć nieplanowanego biwaku w ścianie. Po dotarciu zespołu trzyosobowego do najwyższego stanowiska poszkodowany przełożył karabinek przez linę zwisającą z góry, a następnie założył z niego zjazd. Po wykonaniu kolejnych trzech zjazdów zespół dwuosobowy znalazł się w miejscu wejścia w drogę, czym bardzo ułatwił dalsze działania ratowników. Natomiast zespół trzyosobowy został ewakuowany ze ściany następnego dnia rano.

Analiza wypadku

Wróćmy do budowy feralnego stanowiska zjazdowego. Według relacji wspinacza z zespołu trzyosobowego sprawiało ono wrażenie solidnego:
Zespół, który zjeżdżał jako pierwszy, po pierwszym zjeździe nie znalazł kolejnego stanowiska do zjazdu i uznał, że założy stanowisko z haków. Nie były to więc stare haki ani nic innego. Teren był tam na tyle »łagodny«, że można było względnie stać, nie obciążając stanowiska. Nie byłem przy biciu haków. Zespół, który założył to stanowisko, cały czas je obciążał w dwie osoby, bo szukali innego stanu w okolicy. Później jedna osoba z tego zespołu bezpiecznie zjechała z tego stanu, więc wydawał się bezpieczny.

Moją uwagę przykuło stwierdzenie: (…) zespół, który założył to stanowisko, cały czas je obciążał w dwie osoby, bo szukali innego stanu w okolicy. Później jedna osoba z tego zespołu bezpiecznie zjechała z tego stan (…).
Poszkodowany opisał stanowisko w następujący sposób: (…) haki były wbite
w szczelinę poziomą, ale układ szczeliny we wnętrzu skały, że położenie haków było niemalże pionowe, tzn. ostrza były skierowane w dół
(rys. 2a i 2b).
Tak osadzone haki spełniały swoją funkcję podczas obciążenia w dół. Przypomnijmy, że najpierw zespół dwuosobowy poszukiwał (około godziny) oryginalnego stanowiska z drogi Momatiuka, a następnie z feralnego stanowiska zjechał pierwszy ze wspinaczy tego zespołu. W zgodnej opinii członków obu zespołów stanowisko przed wyrwaniem było przetestowane i obciążane w dół. Tak więc trudno sobie wyobrazić powód wyrwania stanowiska przez wspinacza, który dopiero zaczął zjeżdżać w połogim terenie, czyli nie obciążał on stanowiska w pełni swoją masą. Kolejną rzeczą jest fakt, iż jeden ze wspinaczy trzyosobowego zespołu był wpięty do stanowiska, jednak nie jest do końca pewne, czy je obciążał. Teren wokół stanowiska pozwalał na to, że można było względnie stać, nie obciążając stanowiska (…). Drugi z zespołu trzyosobowego był: wpięty do tego stanowiska, ale kolega nawet go nie obciążał, a może nawet, jak
twierdzi poszkodowany: był dopięty do stanowiska, ale również do liny i obciążał stanowisko do góry.

Co wobec tego wynika z opisanej konfiguracji wspinaczy? Stanowisko mogło ulec zniszczeniu w wyniku nałożenia się dwóch czynników. Haki stanowiskowe, pomimo tego, że były wbite w poziomą rysę, to były skierowane w dół. Przebieg rysy wewnątrz skały był taki, że haki wbite zostały niemalże pionowo. Tłumaczyłoby to bezproblemowe działanie układu w dół – podczas poszukiwań oryginalnego stanowiska oraz podczas zjazdu pierwszego wspinacza w zespole dwuosobowym. Dlaczego więc stanowisko wypadło? Relacje poszkodowanego i wspinacza z zespołu trzyosobowego pokrywają się, partner tego drugiego nie obciążał stanowiska, był prawdopodobnie nadal wpięty do swojej liny (tej, na
której zjeżdżał zespół trzyosobowy z pierwszego – najwyższego – stanowiska zjazdowego) i prawdopodobnie stał powyżej stanowiska. Możliwe więc, że gdy poszkodowany rozpoczął zjazd, to stanowisko zostało obciążone w co najmniej dwóch kierunkach. W tym niestety było to działanie do góry, przez drugiego z zespołu trzyosobowego. Jest to wysoce prawdopodobne, gdyż wspinacz dopięty nadal do liny, z której przed chwilą zjeżdżał, mógł wykonać manewr, który spowodował „zasprężynowanie” liny i w efekcie wywarcie siły poprzez krótką, ale z natury mało elastyczną lonżę na stanowisko.

Należy pamiętać, że teren pod tym stanowiskiem nie był stromy, więc wspinacz z zespołu dwuosobowego, który zjeżdżał na swojej linie, mógł jej nie obciążać w sposób ciągły. A odciążenie liny przy jednoczesnym napięciu stanowiska poprzez lonżę – wspinacza z zespołu trzyosobowego i, co istotne, napiętą linę wiszącą w najwyższym stanowisku doprowadziło do tego, że stanowisko, które po chwili wypadło, zaczęło pracować do góry, czyli w kierunku, w którym wbite haki działały na wyrywanie. Nie do końca wiadomo, gdzie dokładnie w tym układzie był wspinacz, który jako pierwszy z zespołu trzyosobowego rozpoczął zjazdy. Jeśli stał niezdecydowanie poniżej punktu centralnego, a nieco od niego
w bok to stanowisko mogło być obciążane jednocześnie w trzech kierunkach (rys. 3). Taki układ jest prawdopodobny i naturalny w terenie połogim. Poniżej stanowiska z pewnością stał wspinacz z zespołu dwuosobowego, który po zamontowaniu na linie przyrządu zjazdowego i blokera rozpoczął swój zjazd.
W takiej sytuacji teren nie wymusza wiszenia w stanowisku i nie ma potrzeby działania w ciasnocie. Jednak skutkiem ubocznym zachowania przestrzeni jest możliwość zadziałania na stanowisko w niekorzystny sposób. Bez względu na to, po dojechaniu i dopięciu się do stanowiska członków zespołu trzyosobowego, zmienił się.

Nie udało się uzyskać pewnej informacji na temat rodzaju użytych haków.
Wspinacz z zespołu trzyosobowego zapamiętał je w następujący sposób: Stanowisko było z dwóch haków. Jestem niemal pewien, że to były łyżki, ale głowy nie dam. Zespół, który je zakładał, powiedział, że wbili długie haki i że siedzą super.

Gdyby to rzeczywiście były łyżki lub inne cienkie haki, to proponowany przeze mnie scenariusz byłby możliwy. W przypadku użycia haków typu fałka ich konstrukcja powoduje pewną sprężystość i konieczność zadziałania większej siły w celu wydostania ich ze szczeliny. Jednak i tak istniałoby prawdopodobieństwo, choć minimalnie mniejsze, destrukcji stanowiska. Czy więc wyrwanie haków nastąpiło w opisywany przeze mnie sposób? Jest to wysoce prawdopodobne, jednak niestety nie da się tego stwierdzić ze stuprocentową pewnością.

Komentarz

Proponowane wytłumaczenie sytuacji, w której stanowisko po bezproblemowym obciążaniu podczas godzinnych poszukiwań i zjazdu jednego ze wspinaczy wypadło na skutek działania masy jego partnera, jest jedynie przypuszczeniem.
Jednak hipoteza o użyciu dodatkowej siły działającej na stanowisko wydaje się być najbliższa rozwiązaniu tej zagadki. Niestety wspinacze nie zrobili zdjęcia okolic stanowiska już po jego wyrwaniu. W związku, z czym nie ma danych do oceny jakości skały. Podkreślę fakt, że mimowolny (nie tylko mój) początkowy osąd na temat umiejętności uczestników zdarzenia uległ w moich oczach zmianie.
Oczywiste jest, że wyrwanie stanowiska zjazdowego natychmiast rodzi pytanie odnośnie do kompetencji autora/autorów. Jednak w miarę zgłębiania tematu pojawiły się wątpliwości, czy przypadkiem wstępna ocena nie była zbyt pochopna.

Po pierwsze poszkodowany miał na swoim koncie między innymi kilka długich kilkunastowyciągowych dróg zimą, więc nie był osobą początkującą. Ponadto stanowisko było przetestowane i działało zarówno podczas poszukiwań oryginalnej linii zjazdów drogą Momatiuka, jak i w czasie zjazdu pierwszego ze wspinaczy.
Awaria nastąpiła w ściśle określonych warunkach, po dojechaniu do stanowiska kolejnych osób. Warty podkreślenia jest fakt, że dotychczasowe poprawne działanie stanowiska spowodowało, że po jego wyrwaniu uczestnicy zdarzenia byli mocno zaskoczeni awarią. Chciałbym w tym miejscu zastrzec, że nie obwiniam nikogo z uczestników zdarzenia, również członków zespołu trzyosobowego.
Niemniej trzeba stwierdzić, że sama okoliczność zjazdów stanowi zagrożenie dla wspinaczy. Jakikolwiek błąd w budowie stanowiska może spowodować tragedię.
W odróżnieniu od samej wspinaczki zjazdy nie pozostawiają żadnego marginesu na błąd. Koledzy na Kazalnicy Cubryńskiej mieli wyjątkowe szczęście, gdyż, jak już zostało napisane, awaria nastąpiła w terenie połogim oraz na koniec dnia, gdy śnieg był grząski. Dzięki temu udało się wyhamować upadek.

Niniejsza analiza nie jest miejscem na to, żeby przytoczyć całą procedurę dotyczącą budowy stanowiska zjazdowego oraz samego zjazdu. Dlatego ograniczę się wyłącznie do wniosków, które nasunęły się podczas analizy omawianego wypadku.

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: