REKLAMA

70 lat Klubu Wysokogórskiego Katowice

Taternik | 06 lipca 2020

Wszystko zaczyna się 12 października 1949 roku wraz z powstaniem Koła Śląskiego Klubu Wysokogórskiego PTT w Katowicach. Warto wymienić członków założycieli, byli to: Janusz Chmielowski, Marek Korowicz, Zygmunt Mikiewicz, Franciszek Kłosiński, Edmund Kaźmierczak, Damazy Mikiewicz, Zdzisław Dziędzielewicz, Mieczysław Markiewicz, Edmund Żuk, Józef Merta, Władysław Manduk, Stefan Czernecki, Antoni Pawliczek oraz Zbigniew Abgarowicz. Jednym z inicjatorów był Janusz Chmielowski, wybitny taternik i alpinista, autor pierwszego przewodnika dla taterników. Jako pierwszy zdobył Zamarłą Turnię od zachodu, jest także znany z zimowego wejścia na Gerlach.

Klubowa sielanka nie trwa długo. Nadchodzi stalinizm i likwidacja struktury Klubu Wysokogórskiego. Nie przeszkadza to jednak Maciejowi Bernadtowi, który w 1953 roku nielegalnie przechodzi grań Morskiego Oka. Dwa lata później Czesław „Moma” Momatiuk bierze udział w pierwszym przejściu „lewej Kazalnicy”. Pod szyldem Sekcji Alpinizmu ZG PTTK Jerzy „Druciarz” Rudnicki jako pierwszy Polak wchodzi na Elbrus w 1956 roku, cztery lata później „Moma” przechodzi drogę Bonattiego na Grand Capucin. W 1968 nową drogę północnym filarem Eigeru prowadzi Adam Zyzak.

Autorzy: Magda Sarapata we współpracy z Januszem Majerem, Krzysztofem Modliszewskim i Damianem Bieleckim, na podstawie materiałów Adama Zyzaka oraz wywiadów z klubowiczami.

W Tatrach padały nowe linie: Młynarczyk od wschodu „Druciarza”, Momatiukówka na Kazalnicy, kant Filara Kazalnicy (J. Kiełkowski, A. Bara). Były też pierwsze przejścia zimowe, m.in. lewa Kazalnica (H. Furmanik, 1958), Ciężki Szczyt – direttissima północnej ściany („Druciarz”, A. Zyzak, 1963) i wiele innych. Padł i rekord – grań Tatr w 6 dni w wykonaniu zespołu Zyzak – Szafirski (1964). Przez kolejne 10 lat nie do pobicia. Brakowało sprzętu, chęci i pieniądze nie wystarczały. Namiot i śpiwór trzeba uszyć, a haki, raki i czekan opatentować samemu. Sprzęt był ciężki, a liny słabe. Obowiązywała jedna najważniejsza zasada: nie odpadać.

Pierwsze wyprawy

W 1971 roku przyszedł czas na powiew egzotyki, to wtedy ruszała wyprawa w Andy Peruwiańskie i jednocześnie pierwsza powojenna polska wyprawa do Ameryki Południowej. W pół roku padły trzy sześciotysięczniki, siedem dziewiczych szczytów i trzy nienazwane. Rok później ruszyła katowicka wyprawa do Maroka, zakończona 11-dniowym przejściem 125-kilometrowej grani Atlasu. W 1973 roku doszła do skutku pierwsza śląska wyprawa w Hindukusz, a rok później (razem z Gliwicami) na Alaskę, gdzie padł m.in. McKinley. W ramach centralnego obozu w Pamirze Danuta Gellner-Wach w kobiecym zespole weszła na Pik Korżeniewskiej i Pik Komunizma. Wśród ważniejszych powtórzeń warto wymienić: Pik Szczurowskiego drogą Kensickiego (A. Zyzak, 1973) czy Matterhorn drogą Schmidtów (W. Dzik, 1974). Równie mocne przejścia kolekcjonowały także kobiety: północny filar Eigeru (D. Gellner-Wach, 1973) czy Mont Blanc duTacul filarem Gervasuttiego (A. Łukaszewska, 1975). W 1974 roku powstał Polski Związek Alpinizmu, a rok później, 24 czerwca 1975 roku w jego szeregi przyjęty został KW Katowice.

Wspomnienia klubowiczów

– To były czasy lin sizalowych, wiązanych na piersi skrajnym tatrzańskim, zjazdów w kluczu, butów maraton albo zawrat (które miała elita), koszul flanelowych i kasków budowlanych. Młotki, haki to były samoróbki kupowane w klubie. Można też było nabyć czołówkę zrobioną z mydelniczki jako pojemnika na baterie, lampki na czoło zrobionej z końcówki plastikowej butelki środka czyszczącego i gumy z szelek do spodni, a pokrętłem do gaszenia i zapalania czołówki była zakrętka z pasty do zębów. Długo służyła mi ta czołówka, chyba jeszcze podczas III zimowego przejścia Wielkiego Zacięcia na Kazalnicy – wspomina Grzegorz Chwoła. – Zrobiłem w życiu kilka trudnych dróg w Kaukazie, Alpach Kamnickich, Dolomitach, wspinałem się w Andach, Himalajach, ale Tatry są dla mnie najważniejsze. Długo by pisać, dlaczego. A najważniejsze drogi to samotne przejście Kiełkowskiego na Kazalnicy latem 1975 roku i nowa droga zrobiona zimą 1976-1977 z Dziadkiem (Andrzej Michnowski), Kursantem (Lech Skarżyński), Harasiem (Marek Harasimowicz) – Kant Wielkiego Zacięcia, czyli Droga Nierobów, też na Kazalnicy – dodaje.

Swoje najważniejsze drogi wspomina także Wojciech Dzik: – Najpierw północna ściana Matterhornu drogą Schmidtów (1975). Załamanie pogody. Fatalny biwak na półsiedząco, próbujemy drzemać w płachcie, a tu pyłówka – trzask i wisisz na stanowisku. Było wiele przejść z Markiem Pronobisem w Dolomitach i Alpach, w tym Via Poire na Mt. Blanc czy filar Bergland R. Messnera. Bardzo szczególna przygoda to zrobienie nowej drogi na Pośredniej Turni Małołąckiej w zimie z Markiem Pronobisem. Piękna przygoda – klasyka wśród przewieszek i okapów. Późnojesienne, nieco poetyckie, przejście z Witkiem Sasem-Nowosielskim drogi Pająków na Kazalnicy w jeden dzień „prawie klasycznie”. Podchodziliśmy niepewnie we mgle (słysząc okrzyk Półkmiecia „czuje kibel”), nagle wyżej – lampa, nagroda za śmiałość! Witek napisał o tym wiersz. Wreszcie wyprawy z Januszem Majerem na Nanga Parbat w 1977 roku i późniejsze, np. w góry Ameryki. Co pozostało dla niego wartością? – Wolność, niezależność, wiara w siebie, że sobie poradzę, aktywność i kreatywność, podejmowanie wyzwań i znajdowanie rozwiązań. A do tego wspólnota braci górskiej, bez fałszu i nadęcia, z którą pokrewieństwo czuję w skałkach zawierciańskich, w bazie pod Nangą czy Yerupają, w Eldorado Canyon, w Lake District i w Leonidio. Z tymi ludźmi nie może być nudno! O tym można się przekonać, gdy przyjdzie się na comiesięczne zebranie klubowych seniorów.

Wyścig Kukuczka – Messner

Wyprawy wymagały nie tylko kondycji, ale i umiejętności organizacyjnych. Niektóre posunięcia można dziś uznać za absurdalne. Bo jakoś trzeba było sfinansować wyjazdy. Malowanie kominów, czemu nie? Do regularnej pracy było nie po drodze, bo jak piąć się po szczeblach kariery, kiedy więcej cię w pracy nie ma, niż jesteś. Co to się działo: kupowanie kryształów na handel, zdobywanie sporych ilości wędlin i mięsa, o których nikomu się w czasach kolejek do kolejek nie śniło. I tak oto z kraju, gdzie nic nie było, zdarzało się uciekać do miejsc pięknych, ale i niebezpiecznych. Ryzykowało się wiele, ale nagroda była wielka. Nie da się przecież wycenić zapisania się na kartach historii.

Koniec lat 70. i lata 80. to przede wszystkim wyścig Jerzego Kukuczki z Reinholdem Messnerem. Stawka była wysoka, chodziło w końcu o wszystkie ośmiotysięczniki Ziemi i pierwszą lokatę. I tak w ramach wyprawy gliwickiej Kukuczka wraz z Andrzejem Czokiem, Andrzejem Heinrichem i Januszem Skorkiem zdobywa Lhotse drogą klasyczną (1979), Mount Everest nową drogą – filarem południowym z Andrzejem Czokiem (1980), Makalu nową drogą solo (1981). Wejście na Makalu zostaje potwierdzone dopiero rok później, po odnalezieniu przez koreańskiego wspinacza pozostawionej na szczycie zabawki – biedronki. Następnie padają przejścia w zespole z Wojtkiem Kurtyką: Broad Peak drogą klasyczną w stylu alpejskim (1982), Gasherbrum II jako pierwsze wejście wschodnią ścianą (1983), Gasherbrum I – pierwsze wejście południowo-zachodnią ścianą. Później pierwsze zimowe wejście na Dhaulagiri z Andrzejem Czokiem (1985), zimowe wejście na Cho Oyu z Andrzejem Heinrichem (1985).

Kukuczka podczas jednej zimy zdobywa dwa ośmiotysięczniki, co nie udało się nikomu przed nim. Kolej na Nanga Parbat z Carlosem Carsolio, Andrzejem Heinrichem i Sławomirem Łobodzińskim nową drogą, filarem południowo-wschodnim (1985). Następnie mocny 1986 rok: pierwsze zimowe wejście na Kanczendzongę z Krzysztofem Wielickim, K2 środkiem południowej ściany z Tadeuszem Piotrowskim oraz Manaslu nową drogą z Arturem Hajzerem. Rok później zostają zdobyte dwa ostatnie szczyty, obydwa w zespole z Hajzerem: pierwsze zimowe wejście na Annapurnę i Sziszapangmę zachodnią ścianą. I gotowe, Jerzy Kukuczka, jako drugi człowiek na świecie, zdobywa Koronę Himalajów i Karakorum, co zostaje uczczone w bazie czternastoma śląskimi kluskami, podpisanymi nazwami wszystkich szczytów.

Działalność wyprawowa

Działalność wyprawowa była intensywna: wspólna z Gliwicami i Opolem wyprawa na Lhotse (kier. A. Bilczewski, 1979), w Andy Peruwiańskie i na południową grań Huantsan, Huantsan Sur i Huantsan Oeste (kier. A. Zyzak, 1980), Yosemity i Peru, podczas którego pada wiele ekstremalnych dróg do 5.10 (kier. J. Majer, 1980), góry Nowej Zelandii i m.in. Mt. Cook (kier. J. Kukuczka, 1981), Hindukusz (kier. R. Warecki, 1982), kiedy to Hajzer i Chołda, jako pierwsi Polacy, wchodzą na Tirich Mir. 1984 rok to wyprawa KW na Broad Peak, podczas której na szczyt wchodzą J. Kukuczka, J. Majer, R. Pawłowski oraz solo w jeden dzień K. Wielicki. Przełom 1987/88 to wejście R. Pawłowskiego na Fitz Roya i Ag. Poincenot. W 1988 roku wyprawa w masyw Annapurny (kier. J. Kukuczka) wchodzi na wschodni wierzchołek, J. Kukuczka, A. Hajzer nową drogą prawą połacią południowej ściany oraz zachodnią granią (J. Majer).

W Alpach wyróżniają się wejścia Ireny Kęsy: Matterhorn północną ścianą drogą Schmidtów zimą w zespole kobiecym (1978) oraz Grand Capucin drogą Bonattiego w zespole kobiecym (1979). Prócz tego ważniejsze przejścia to: Jerzy Kukuczka, Zbigniew Wach oraz Marmolada d’Ombretta – pierwsze zimowe przejście Via dell’Idealle w zespole z Januszem Kurczabem, Marianem Piekutowskim, Januszem Skorkiem (1973); Zbigniew Wach – Petit Dru – pierwsze zimowe przejście direttissimy północną ścianą w zespole z Piotrem Malinowskim, Janem Wolfem i Marianem Piekutowskim (1976); Pik Szczurowskiego przez Bastion północną ścianą (M. Momatiuk, G. Chwoła 1978); Zbigniew Wach – Civetta – pierwsze zimowe przejście drogi Comiciego z K. Pankiewicz, M. Serwa, A. Warm (1979); Mont Blanc filarem Gervasuttiego (R. Pawłowski, solo zimą 1983) oraz Petit Dru „DirecteAmericaine” (R. Chołda, A. Hajzer, J. Nowak, H. Szczęsny 1984).

Korona Himalajów i Karakorum Krzysztofa Wielickiego

Na notowania KW Katowice korzystnie wpłynęło także przejście do jego struktur Krzysztofa Wielickiego w 1980 roku. Zaczął mocno od pierwszego zimowego wejścia na Everest (1980), następnie Broad Peak solo w 22 godziny, czyli pierwsze wejście jednodniowe na szczyt ośmiotysięczny, Manaslu nową drogą (1984), pierwsze zimowe wejście na Kanczendzongę (1986), Makalu nowym wariantem (1988) oraz w tym samym roku pierwsze zimowe wejście na Lhotse. Następnie: Dhaulagiri solo (1990), Annapurna (1991), Cho Oyu (1993), Sziszapangma solo nową drogą (1993), dwa lata później Gasherbrum II i Gasherbrum I, a w 1996 roku K2 i Nanga Parbat (solo). Stał się w ten sposób piątym zdobywcą korony Himalajów i Karakorum oraz tym samym drugim w KW Katowice po J. Kukuczce!

Sekcja wspinaczkowa KW Katowice

Ostatnie lata to dla klubu powrót do korzeni, nic tylko pakować, łoić po to, by padały jak najwyższe cyfry. Kryształy się skończyły, kolejki się skończyły. Nawet numery 1 w kolejce po najważniejsze szczyty prawie się wyczerpały. Pozostały pompki, planki, deski, podciągnięcia, haczenie, przybloki i przechwyty.

Nikt nie spodziewał się, że klub dotrwa swoich 70. urodzin, bo przecież tak uparcie walczył z grawitacją i własnymi ograniczeniami. Czasy się zmieniły, zmieniły się też priorytety. W końcu prawdziwa siła techniki się nie boi. A jak siła i technika, to i ostry trening. Nie mogło być inaczej, w końcu przyszedł czas na własną ściankę wspinaczkową. Nikt nie powiedział, że ścianka musi być duża. Wielkość nie ma tu przecież znaczenia. Pakernia KW Katowice, bo o niej mowa, to prawdopodobnie najmniejsza ścianka wspinaczkowa na Śląsku, a może i w Polsce. Co nie znaczy, że nie działy się tu rzeczy wielkie. To na niej wśród kurzu magnezji i oparów spoconych ciał wspinaczy zaczynały sławy polskiego wspinania.

Wszystko nabrało tempa, kiedy trenerem Sekcji Wspinaczkowej KW Katowice został Łukasz Dębowski. To mocny zawodnik, który nie tylko odhaczył już kilka dróg na poziomie 8c, ale wciąż trenuje napływających do klubu miłośników wspinaczki. Co roku na początku sezonu ładowniczego przed drzwiami tej niewielkiej boulderowni ustawiają się kolejki, by zapisać się do sekcji. Nowe osoby muszą przejść test w postaci kilku ułożonych przez Łukasza boulderów. Potem pozostaje podział na grupy według zaawansowania i maszyna treningowa rusza. Chętnych jest tyle, że niemal każde popołudnie w tygodniu jest przepełnione zajęciami.

Jak Łukasz zaczął się wspinać? – Pewnego razu przyszedł do mnie kumpel i powiedział, że chłopak jego kuzynki się wspina, więc może też zaczniemy. Kupiliśmy linę, dwie uprzęże, przyrząd asekuracyjny oraz książkę „Nauka wspinaczki w weekend” i zaczęliśmy. Pierwszym celem był ceglany mur kurnika mojej babci – wspomina. –  Najważniejszymi drogami, które zrobiłem, była Potęga Trójkątów VI.6+ i Ekspozytura Szatana VI.6+, pomimo tego że mam na koncie trudniejsze, to właśnie po przejściu tych dwóch cieszyłem się jak z niczego innego w życiu. Od 23 lat zasadniczo nie robię nic innego poza wspinaniem. To jest morze wspomnień z pojedynczych dróg i wyjazdów, które daje mnóstwo pozytywnej energii w codziennym życiu. Wspinanie jest dla mnie wszystkim, definiuje mnie, nie istnieje i nie interesuje mnie świat poza wspinaniem – dodaje Łukasz. Co daje mu wspinanie? – Cierpliwość, pewność siebie i niezachwiane przekonanie, że wszystko będzie dobrze, a jak nie, to trzeba zrobić wszystko, żeby było. KW Katowice jest dla mnie domem, spędzam tu w pracy lub na treningach większość z 2/3 roku, które jestem w Polsce. Tak ostatnie 20 lat podsumowuje trener Sekcji Wspinaczkowej KW Katowice Łukasz Dębowski: – To w dużej mierze wspinanie skalne. Wynika to głównie z tego, że w niesamowity sposób wzrosła popularność tej dyscypliny sportu. Wpływa na to głównie jej dostępność, nie każdy może pozwolić sobie na wyprawy w góry wysokie. Kiedy zacząłem studia i przeprowadziłem się do Katowic w 2002 roku, Pakernia była, poza ścianą AWF, jedynym obiektem wspinaczkowym w okolicy. W tym okresie z KW Katowice związanych było sporo mocnych wspinaczy, takich jak Rafał Porębski (Pati Noso, Chocolatecaliente), Łukasz Müller (Nieznośna Lekkość Bytu, Deklaracja Nieśmiertelności), Krzysztof Sas-Nowosielski (Pijane trójkąty, Tyranosaurusrex), Sławek Sławatecki (Idą Łysi, Wściekłe Psy). W KW Katowice zaczynała Ola Taistra (pierwsza Polka, która przeszła 8c), już wtedy stawała się pierwszą damą polskiego wspinania, choć wraz z podnoszeniem poprzeczki trudności pokonywanych dróg coraz bardziej oddalała się od klubu. W 2004 roku powstał Transformator i Pakernia opustoszała.

Wszystko zmieniło się w 2008 roku, kiedy stworzyłem Sekcję Wspinaczkową KW Katowice. Z roku na rok działalność rozwijała się, początkowo było to zaledwie kilka osób, których z każdym rokiem przybywało. Aktualnie jest to około 60-70 zawodników uczęszczających na zajęcia. Wyjątkowa atmosfera tego miejsca i sportowy klimat spowodowały, że przez ostatnie ponad dziesięć lat spora część osób, które na Śląsku osiągnęły wysoki poziom we wspinaniu skalnym, to wychowankowie SW KW Katowice.

Najmocniejszą dziewczyną, która „wyszła” z sekcji, jest zdecydowanie Agnieszka Banaszek, która osiągnęła poziom 8b (m.in. Pati pa mi, Zona 0), a drogi o pół stopnia łatwiejsze, czyli 8a+, mają na swoim koncie: Monika Dębowska (Shock The Monkey, Shock The Prorok), Ania Matzullok (Aleja Zasłużonych) i Basia Ciszyńska (Pas vu, pas pris). W skałkach poziom co najmniej 8b osiągnęli Adrian Jurecki, Przemek Krauze, Kamil Żmija, a 8c na koncie ma Kajtek Koperwas (FumarPerjudica). Nie sposób tu wspomnieć o wszystkich zawodnikach sekcji, którzy przez ten czas osiągnęli poziom co najmniej 8a, gdyż jest ich naprawdę sporo. Oczywiście osobne słowa należą się Grześkowi Gołowczykowi, znanemu szerzej jako „Buła”. To cudowne dziecko Pakerni – samych dróg w stopniu 8c ma na
koncie 10 (m.in. Strelovod, Fabelita), a o wycenie 8b prawie 70. Na końcu nieskromnie wspomnę o sobie, oprócz prowadzenia sekcji wciąż jestem aktywnym zawodnikiem, co prawda 8c (m.in. Fumar Perjudica i La Bella Mafia) mam zrobionych trochę mniej niż mój najlepszy wychowanek, ale pomimo upływających lat wciąż wspinam się na wysokim poziomie.

Góry średnie

Podział geograficzny na góry wysokie i średnie narzuca wybór wśród wielu przejść członków KW Katowice także Tatry i góry typu alpejskiego. Z pewnością warto zwrócić uwagę na drogi, które w skali danego regionu były najbardziej wartościowe. Należą do nich nowe linie, pierwsze przejścia klasyczne czy te powyżej VIII, a także wymagające hakówki oraz przejścia wielodniowe.

Idąc tym tropem, na naszym tatrzańskim podwórku na pewno wielu wymieni jednym tchem działalność zespołu Piotr Xięski – Robert „Lama” Pallus. Zaliczyli m.in. drugie przejścia klasyczne i pierwsze OS dróg Kurtyka-Czyżewski oraz WishYouWere Here, a także Stąd do Wieczności na Kazalnicy czy 2+1 na Mnichu. Pod ich naporem padła także Metanoja, a więc pierwsze klasyczne przejście tej drogi. Oznacza to także, że zespół dokonał równocześnie pierwszego powtórzenia klasycznego najtrudniejszego wyciągu na Momatiukówce, które
czekało 19 lat!

Piotr Xięski to wieloletni prezes klubu i wiceprezes Polskiego Związku Alpinizmu. W archiwach klubowej strony można trafić na taki jego biogram: „Postać z gatunku nietuzinkowych. Huczy i poucza. Przywódca w każdym calu, zarówno w domu, jak i w klubie. Wspina się od …nastu? lat. Działanie to jego dewiza. Instruktor taternictwa ze świeżym spojrzeniem na szkolenie”. I nie tylko o działaniu na rzecz klubu tutaj mowa. Ceniony jest za swoją determinację i bezkompromisowe podejście do treningu. Jeśli na liście w klubowej pakerni nie widzisz wpisu Piotra o 5.00 rano, wiedz, że coś się dzieje”.

Na początku okresu, o którym mowa, w szeregach KW działało jeszcze kilku wybitnych wspinaczy, takich jak Marek Kazior i Łukasz Müller, którzy mogli się pochwalić nową drogą na Cubrynie o nazwie Człowiek z ołowiu. Natomiast instruktorem, który bardzo mocno działał w Tatrach, a szczególnie upodobał sobie rejon Hali Gąsienicowej, jest Jacek Czech. Wraz z synem prowadzi nowe trudne drogi i warianty. Posiada też na swoim koncie słynną Trylogię Alpejską, czyli trzy północne ściany takich szczytów, jak Matterhorn, Grand Jorasses i Eiger. Tak Jacek wspomina swoje najważniejsze drogi: – To Filar Freney z Bogdanem Stano w 8 godzin AO. Na wiele lat droga ta pozostała dla mnie najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłem w życiu, i pozostawiła na mnie piętno walki, wiary i górskiego oraz życiowego trudu. A także Colton-MacIntyre na Grandes Jorasses w 2019 roku z Adamem Bieleckim w 16 godzin. Droga ta to dla mnie ukoronowanie lat treningów, wspinaczek, partnerów i Trylogii Alpejskiej – warto było!

Z kolei zima w wydaniu klasycznym w tym okresie należała głównie do Jana Kuczery – obecnie instruktora alpinizmu PZA i ratownika TOPR. I tutaj znowu na pierwszy plan wybijają się pierwsze przejścia klasyczne na Kazalnicy Mięguszowieckiej takich dróg, jak: Superparanoja czy Wielkie Zacięcie jako pierwsze zimowo-klasyczne przejścia i wiele innych. Warto wspomnieć, że kilku wartościowych przejść dokonał w parze z innym członkiem KW – Rafałem Pietrasiakiem, w tym m.in. Danielovacesta na Kaczym Mnichu.

Kolejnym mocnym zawodnikiem jest Piotr „Koala” Potoczek, który ma na swoim koncie m.in. Luftwafe i Nos Mnicha oraz Monkeyfinger w Zion National Park. – Choć od wielu lat nie uczestniczę aktywnie w życiu klubu, to jednak nadal mam do niego sentyment. Nie tyle jednak do klubu jako takiego, lecz do ludzi. Klub bez ludzi jest tylko szyldem. Ci, z którymi dane mi było przeżyć niejedno, i ci, których ledwo zdążyłem poznać. Możemy widywać się rzadko lub wcale, przywołując jedynie wspomnienia. Jednak wciąż pozostają dla mnie ważni – wspomina.

Nie może w tym zestawieniu zabraknąć także Marka Raganowicza, znanego z solowych przejść wielkich ścian. Ma za sobą liczne drogi na El Capitan, w zeszłym roku uporał się z Born Under a Bad Sign za kosmiczne 5.9/A5 w swoim ulubionym stylu: solo bez poręczowania. Warto wymienić też North America Wall solo, a także rzadkie powtórzenie Plastic Surgery Disaster. Wraz z Marcinem „Yeti” Tomaszewskim w 2012 roku wytyczył Superbalance na północnej ścianie Polar Sun Spire na Ziemi Baffina. Razem spędzili także 18 dni w północnej ścianie Trollveggen w Norwegii. Tak powstała Katharsis, stanowiąca wspinaczkę światowej klasy. Jako pierwszy przeszedł zimą solo wymagającą drogę Susergjennom Harryland.

W KW Katowice działa także Damian Bielecki, który w zespole z Wadimem Jabłońskim i Mateuszem Groblem pokonał północny filar Szchary, najwyższego szczytu Gruzji. Ma za sobą także Uszbę Południową i udział w wyprawie unifikacyjnej PHZ na Manaslu. – Po latach zauważyłem, że bardziej doceniam chwile spędzone z przyjaciółmi w górach. Przebyta droga jest efektem wspólnych celów, przygotowań i wysiłku, ale najbardziej zapadają w pamięć momenty, a nie trudności i cyfra. Dla mnie przełomowy był obóz zimowy KW Katowice w 2011 roku, gdzie Mati i Dredu wzięli mnie z grupy turystycznej do wspinaczkowej. Świetnie wspominam też Cassina na Piz Badile z Tomkiem i Wojtkiem, Filar Szchary z Matim i Wadimem oraz piękny długi dzień na Filarze Barre de Ecrins z Maćkiem i Wadimem – wspomina Damian. Co jest dla niego największą wartością płynącą ze wspinania? – Umiejętność radzenia sobie w sytuacjach stresowych, podejmowania trudnych i ważnych decyzji. Siła spokoju, koncentracja i skupienie w tym jednym ważnym momencie człowiekowi będącemu wspinaczem zdarza się częściej niż statystycznemu Kowalskiemu. Zapominamy o tym, jak już jest po wszystkim, ale często decyduje to o naszym sukcesie lub porażce, a w przypadku wspinania w górach konsekwencje mogę być jeszcze poważniejsze.

Wśród wspinaczy młodszego pokolenia na pewno wybija się postać Grzegorza „Buły” Gołowczyka, który zapałał do Mnicha miłością krótką, ale za to intensywną. Pod jego naporem padły Rokokowa Kokota, Metallica i Saduś IX. Pozostaje jeszcze Paweł Hałdaś, który łączy dobry poziom sportowy, np. na GacopyrzNow na Kazalnicy Mięguszowieckiej, z trudnymi drogami hakowymi: Kazalnica Cubryńska, warianty drogi Siekluckiego i Czasu Pogardy. Paweł z powodzeniem haczy też na El Capie, w tym m.in. Lost In America.

Góry wysokie

W 1999 roku słynny dream team (Jacek Fluder, Stanisław Piecuch i Janusz Gołąb z KW Gliwice) poprowadził trudną techniczną drogę na Kedar Dome w Himalajach Gharwalu. Na początku XXI wieku członkowie klubu kontynuują wejścia na szczyty ośmiotysięczne.

W KW Katowice intensywnie działa również Ryszard „Napał” Pawłowski, który w 2000 roku wszedł na Cho Oyu, rok później na Sziszapangmę Middle, Gasherbrum II w 2003 roku, ponownie na Cho Oyu z Henrykiem Szczęsnym w 2005 roku oraz z Markiem Chmielarskim na Gasherbrum II w 2006 roku. To zdobywca 10 ośmiotysięczników, wspinacz, instruktor i przewodnik. Mount Everest odhaczył już 5 razy, Ama Dablam 28 razy, Aconcagua padła 33 razy, a Elbrus 40 razy. Był także ostatnim wspinaczkowym partnerem Jerzego Kukuczki. Ma za sobą wycof po śmiertelnym wypadku Kukuczki na południowej ścianie Lhotse.

Krzysztof Wielicki z Robertem Juchą i Rafałem Fronią weszli na Gasherbrum II w 2006 roku. W 2011 roku na wyprawie kierowanej przez Roberta Cholewę Piotr Tomala wszedł na Cho Oyu razem z Mariuszem Grudniem, Ryszard Pawłowski na Mt. Everest północną granią w 2012 roku i na Manaslu w 2017 roku. Robert Cholewa działał aktywnie w Pamirze. W 2010 roku wszedł razem z żoną na Pik Korżeniewskiej i z Grzegorzem Bielejcem na Pik Komunizma, a w 2015 roku w pojedynkę na Pik Lenina.

W górach wysokich w ostatnim 20-leciu wyróżniała się postać Artura Hajzera, twórcy i szefa programu Polski Himalaizm Zimowy w latach 2010-2015. Przeszedł m.in. Petit Dru i Mont Blanc duTacul, zdobył Tiricz Mir, wytrwale kolekcjonował kolejne ośmiotysięczniki. Był także organizatorem akcji ratunkowej po lawinie pod Mount Everestem. W jej wyniku udało się sprowadzić ocalałego Andrzeja Marciniaka. Zdobył Manaslu – nową drogą (1986), jest autorem pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę (1987), nową drogą padła pod jego naporem także Sziszapangma (1987), w 2008 roku Dhaulagiri. W ramach PHZ wchodził na Nanga Parbat w 2010 roku i na Makalu rok później. W następnym sezonie zimowym Hajzer kierował wyprawą, która dokonała pierwszego zimowego wejścia na Gasherbrum I. Na szczycie stanęli wówczas Adam Bielecki i Janusz Gołąb. Artur Hajzer zginął podczas wyprawy na Gaszerbrum I w 2013 roku, wycofując się z obozu III, odpadł ze ścian Kuluaru Japońskiego. Od tego czasu, by upamiętnić jego osobę, w Parku Śląskim organizowany jest Bieg dla Słonia. Cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem, a jego głównym motorem jest Marcin Rudzki (od 2018 roku członek KW Katowice).

W 2014 roku PHZ pod kierownictwem Janusza Majera zorganizowało wyprawy na K2 i Broad Peak Middle. W wyprawie na K2 wziął udział Artur Małek, doszło do trawersu pod serakiem szczytowym. Uczestnicy drugiej wyprawy stanęli na wierzchołku głównym Broad Peaku. Członkom naszego klubu: Markowi Chmielarskiemu i Piotrowi Tomali towarzyszyła Agnieszka Bielecka. Nasi klubowicze grali fair play, czego dowodem jest przyznanie Grzegorzowi Bielejcowi, Markowi Chmielarskiemu (oraz Mariuszowi Grudniowi spoza KW) nagrody w 48. Konkursie Fair Play, organizowanym przez Polski Komitet Olimpijski. Kapituła nagrody doceniła ich postawę podczas tej wyprawy, ponieważ podjęli akcję w celu uratowania alpinisty z Tajwanu, który zasłabł w obozie IV.

W sezonie 2017/2018 rusza, zorganizowana przez PHZ, Narodowa Wyprawa pod K2, kierowana przez Krzysztofa Wielickiego. Wzięli w niej udział członkowie naszego klubu: Marek Chmielarski, Artur Małeki, Piotr Tomala. Akcja ratunkowa członków wyprawy pozwoliła uratować schodzącą z Nanga Parbat Élisabeth Revol. Ratownicy: Adam Bielecki, Jarosław Botor, Piotr Tomala, Denis Urubko zostali odznaczeni Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta RP oraz orderem Legii Honorowej przez prezydenta Francji.

Z dróg technicznych zrobionych w tym okresie przez członków klubu należy wymienić: nową drogę Jana Kuczery i Tomasza Poloka – Moonlight Pilar na Changi Peak w Karakorum w 2005 roku, drogi Jerzego Stefańskiego w Charakusa Valley w Karakorum: solo na Beatrice, Diasper Couloir oraz nową drogę na Igball Wall w 2007 roku, a także wielką drogę Marka Raganowicza na Great Trango Tower z Marcinem Tomaszewskim w 2013 roku.

Należy też wspomnieć o działalności członków klubu na Kaukazie, a w tym Mateusza Grobela i pierwsze polskie przejście Kosztan Tau, Piku Tichonowa (droga Lubienieca) oraz Ułłuauz Baszy drogą Riskina – pierwsze polskie przejścia. Oddzielną aktywnością były wyjazdy i wyprawy eksploracyjne, tu należy wymienić: rekonesans na płaskowyżu tybetańskim, rejon Mayer Kangri i Chomo Ri, podczas którego Grzegorz Chwoła wszedł na Mayer Kangri East 6000 (G. Chwoła, J. Majer, 2008); wyprawę do Doliny Koksil (J. Majer, K. Wielicki, 2011), podczas której Krzysztof Wielicki w towarzystwie Katarzyny Karweckiej-Wielickiej i Franka Gassera wszedł na trzy dziewicze szczyty pięciotysięczne; rejon lodowca Virjerab (W. Dzik, J. Majer, 2012) i pierwsze wejście na Khushrui Sar – 5900 m (K. Karwecka-Wielicka, K. Hayat, M. Dachowski, K. Wielicki). Ponadto trzy nowe drogi: Ruta Polaca, La Peridida, Diedro Polaco, Cajon del Maipo w Andach (J. Czech, A. Bielecki, P. Migas, 2017), Direttissima Cerro Arenas i Punta Zanzil – Alerta Guerrilla (J. Czech, J. Czech jr. 2018). Rok 2019 przyniósł przejście przez zespół Marek Chmielarski, Artur Małek, Mariusz Lange, lodospadu Losar nad Namcze Bazar.

Na uwagę zasługuje także działalność Piotra Głowackiego, który realizuje swój projekt Korona Ziemi z rozrusznikiem, udowadniając, że można wiele nawet po tak poważnej operacji. Zdobył już Elbrus, McKinley oraz Mt. Vinson, Kilimandżaro i Mont Blanc.

Inna działalność klubowa

KW Katowice to także legendarne zawody boulderowe Klaustrofobia, które od początku do końca wymyślili trener pakerni Łukasz Dębowski oraz Zbigniew Sołtys i Kajtek Koperwas. To dowód na to, że duch rywalizacji może być obecny nawet na tak małej przestrzeni. Tutaj, wśród okrzyków „Dawaj, dawaj!” wspinały się sławy śląskiego boulderingu. Do obszarów działalności klubu dołączyła także salka treningowa o nazwie Symetria. Powstała w pozyskanym od miasta dodatkowym pomieszczeniu. Dzięki staraniom Piotra Xięskiego od kilku lat odbywają się tutaj zajęcia wspomagające wspinaczkową kondycję. W ofercie pojawiła się joga, TRX czy Facts®, trochę w duchu Cafe Kraft. Obecnie jest to także miejsce, w którym można posłuchać klubowych prelekcji. 

Warto wspomnieć także o uczczeniu pamięci kolegów, którzy zostali w górach na zawsze. Z inicjatywy Dariusza Sokoła wybudowano pomnik, który znajduje się obok zabytkowego kościoła pw. Św. Michała Archanioła w Parku im. Tadeusza Kościuszki. Dzięki ciężkiej pracy Komitetu Budowy Pomnika w składzie: Ignacy Walenty Nendza (przewodniczący), Izabela Hajzer, Cecylia Kukuczka, Jerzy Ziętek, Dariusz Sokół oraz Krzysztof Modliszewski udało się zrealizować wieloletnią ideę starszych członków KW Katowice. Pomnik upamiętnia: Henryka Furmanika, Andrzeja Hartmana, Rafała Chołdę, Jana Nowaka, Mirosława Dąsala, Jerzego Kukuczkę, Tomasza Kowalskiego i Artura Hajzera.

Wspomnienie Marka Raganowicza

To było chyba w 1983 roku, wracając po zimowym sezonie w Morskim Oku. W autobusie do Zakopanego spotkałem Janusza Majera, który popatrzył na mnie i powiedział: – Wpadnij do nas na zebranie. Słyszałem, że jesteś ze Szczecina, ale studiujesz na Śląsku… Oczywiście w następną środę byłem na zebraniu, bo zaproszenie od Jano było nie byle czym i jak się okazało, miało ogromny wpływ na całe moje wspinanie.

Po latach wspominałem tamte czasy w książce: „Lokal katowickiego klubu był zaadaptowanym mieszkaniem na pierwszym piętrze kamienicy na rogu Stawowej i Słowackiego. Przy drzwiach wejściowych powieszono hałaśliwy dzwonek, który denerwował sąsiadkę. Za każdym razem, kiedy ktoś dzwonił do nieopatrznie zatrzaśniętych drzwi, wyglądała na korytarz i wymownie okazywała zniecierpliwienie. Co wyjrzała, to przed klubem stał jakiś intelektualista-okularnik, brodacz, wąsacz lub długowłosy chudzielec z przepraszającym uśmiechem. Każdy w zbyt kolorowych, jak na jej mieszczański gust ciuchach, z plecakiem, oczywiście za głośny i dziwnie gestykulujący podczas rozmowy.

Gdyby dokładnie przyjrzeć się tym brodom i strojom,  można by odczytać coś w rodzaju barw plemiennych. Oczywiście większość miała nepalskie kurtki lub indyjskie koszule, ponieważ był to złoty okres polskiego himalaizmu. Dziewczyny nosiły sukienki w kratkę i zwiewne chustki, co oznaczało przynależność do grupy wspinaczkowej »Himalaje«, mogło też jednak świadczyć o członkostwie w stowarzyszeniu handlowym »Indie – Singapur«, ewentualnie mówiły: »Mam chłopaka, który jest himalaistą«. Oprócz tego byli flanelowi z grupy tatrzańsko-alpejskiej i ci w piekarskich lub lekarskich ciuchach, którzy wspinali się niemal wyłącznie w skałach. Na zebrania przychodzili też oldschoolowcy, którzy jako jedyni wyglądali jak normalni ludzie, ale za to w ich spojrzeniach błyszczał niegasnący płomień, coraz bardziej intensywny wraz z wysługą górskich lat.

W klubie zawsze było tłoczno, trochę z powodu ciasnoty, jednak głównie dlatego że każda środa była wydarzeniem towarzyskim. Na zebraniach bywali Krzysiek Wielicki, Jurek Kukuczka, Falco, Moma oraz Janusz Majer, który był prezesem. Bywanie na cotygodniowych spotkaniach stanowiło też odpowiednik »obracania się w dobrym towarzystwie«.

Po wejściu do klubu przepchnąłem się przez gąszcz bród i nepalskich kurtek, żeby dotrzeć do tablicy ogłoszeń, na której wisiała kartka z sześcioma nazwiskami wybrańców komisji sportowej. Moje miało numer pięć i zanim zacząłem się cieszyć, poczułem poklepywanie po plecach i nastąpiły gratulacje kolegów, a nawet paru bród i jednego oldschoolowca. »Moma«, który był szefem komisji, popatrzył na mnie przez małe okularki i powiedział z ironicznym uśmiechem: „Pamiętajcie, kolego, że klub wam zaufał, nie zawiedźcie nas w Chamonix! Odtąd reprezentujecie nasze środowisko i historia patrzy na was, wspinaczu”.

Wprawdzie w latach 80. w klubie dominował himalaizm ośmiotysięczny, ale mnie inspirowało wspinanie Michała „Momy” Momatiuka, który był wybitnym hakmenem tamtych czasów, marzyłem o powtarzaniu jego dróg na Kazalnicy. Poza tym kiedyś w czasie klubowej środy zrobił prelekcję z wyprawy na Thalay Sagar w indyjskich Himalajach Gangotri i odtąd z głową w chmurach patrzyłem na wielkie ściany świata. Podobnie było ze wspinaniem Mirka „Falco” Dąsala, jego przejściami w Tatrach, Patagonii czy wspaniałą wyprawą na Arjunę i tatrzańskimi solówkami Ryśka Pawłowskiego. To była inspirująca różnorodność, z której podbierałem kamienie do mozolnego brukowania swojej ścieżki wspinacza wielkościanowego.

Po okresie zawieszenia wspinania wyczynowego i „przebudzeniu” w 2004 roku, okazało się, że moje członkostwo w kubie wygasło. Przyszedłem na zebranie do nowej siedziby, schodząc z ruchliwej 3 Maja, przechodząc przez dwie ciemne bramy i otwierając ciężkie drzwi, za którymi tłoczyła się gromada takich samych dziwaków jak w latach osiemdziesiątych, tyle że inaczej ubranych. Poznawałem niektóre twarze, witałem się ze starymi znajomymi
i złożyłem na ręce Piotra Xięskiego podanie o przywrócenie do grona aktywnych klubowiczów. Środowiskowe więzy nabrały innej formy – bardziej duchowej czy raczej internetowo-wirtualnej, niż konkretnych spotkań na zebraniach.

Obojętnie jakby na to nie spojrzeć i jak nie interpretować zmian, to ciągle wierzę, że istnieje coś takiego jak duch wspinu KW Katowice. Od powrotu do wspinania i klubu, po kilkunastu sezonach na El Capitanie, dwa miesiące temu przy stole w Yosemitach siedziałem z klubowiczami – Magdą Ogłodek i Pawłem Hałdasiem. Rozmawialiśmy
o hakowych strachach na El Capie i Ziemi Baffina, wietrznych ścianach Patagonii i skalnych urwiskach
Himalajów.

No cóż, chciałoby się zakrzyknąć – KWK rządzi!

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: