Krystyna Palmowska: Lekcja Everestu

11 maja, 2016
Zachód słońca pod Mount Everest. Fot. travelercorner.com
Zachód słońca pod Mount Everest. Fot. travelercorner.com

 

10 maja 1996, koło północy, z obozu IV na Przełęczy Południowej wyruszyły w kierunku szczytu Everestu trzy zespoły: uczestnicy dwóch wypraw komercyjnych – jednej pod kierownictwem Nowozelandczyka Roba Halla, drugiej – Amerykanina Scotta Fischera oraz członkowie wyprawy tajwańskiej – w sumie 33 osoby.

Wkrótce okazało się, że wskutek nieporozumienia trudny teren powyżej 8400 m nie został w porę zaporęczowany. W rezultacie zrobił się zator i wspinaczka znacznie się przeciągnęła. Pierwsi wspinacze pojawili się na szczycie po 13, główna grupa trochę po 14. Wtedy już na horyzoncie pojawiły się oznaki szybko zbliżającego się frontu burzowego, którego gwałtowności i siły nikt nie przewidział. Dopiero ok. 16, jako ostatni do wierzchołka dotarli Scott Fischer oraz Rob Hall ze swoim klientem, Dougiem Hansenem. Łącznie tego dnia na szczycie stanęły 24 osoby.

W czasie zejścia okazało się, że zdeteriorowany Hansen poruszał się bardzo wolno, gdy zaś skończył mu się tlen, utknął na dobre. Na apel Halla o doniesienie tlenu ruszył w górę przewodnik z jego zespołu, Andy Harris. Cała trójka tkwiła jeszcze wysoko w górze, gdy rozpętała się straszliwa burza.

Kolejną osobą, która miała problemy przy schodzeniu, był Scott Fischer. Najprawdopodobniej jego słaba forma była skutkiem niewyleczonej, nawracającej choroby, która ujawniła się w fazie ataku szczytowego. Towarzyszący mu Szerpa Lobsang Jangbu nie był w stanie go znosić i w końcu zdecydował się zejść, żeby wezwać pomoc.

Pozostali schodzący zbili się w jedną grupę, którą prowadziło dwóch przewodników. Na skutek przedłużającej się akcji wszystkim stopniowo kończył się tlen. W najgorszym stanie była Sandy Pittman z zespołu Fischera oraz uczestnicy wyprawy Halla: Japonka Yasuko NambaBeck Weathers – ten ostatni miał problemy z widzeniem – skutek wcześniejszej operacji oczu. Grupa ta nie zdołała dotrzeć do obozu przed nadejściem głównego uderzenia burzy, co nastąpiło ok. 18 – udało się to tylko paru osobom. Pozostali zgubili drogę i zaczęli schodzić w złym kierunku. W którymś momencie przewodnicy zorientowali się, że znaleźli się niebezpiecznie blisko krawędzi przepaści i zarządzili, żeby się zatrzymać i zaczekać w jednej zwartej grupie. Koło północy, gdy na chwilę się przejaśniło, część osób zorientowała się w położeniu – kilkoro wspinaczy zdołało dotrzeć do obozu o własnych siłach i przekazać wezwanie o pomoc. Jedyną osobą, zdolną do działania, okazał się przewodnik z zespołu Fischera, Anatolij Bukriejew, który samotnie, w paru turach sprowadził troje członków swojej ekipy do obozu, ratując im życie. Na więcej nie starczyło mu sił.

Szczyt Mount Everest. Fot. travelercorner.com
Szczyt Mount Everest. Fot. travelercorner.com

 

Na miejscu zostały dwie osoby: Yasuko Namba i Beck Weathers. Wydawało się, że los ich obojga jest przesądzony, jednak w pewnym momencie nastąpił cud: potwornie odmrożony Weathers ocknął się z letargu i zdołał o własnych siłach dokuśtykać do obozu. Ostatecznie został uratowany dzięki ofiarnej pomocy uczestników innych wypraw i bohaterstwu nepalskiego pilota, który w ryzykownej akcji ewakuował go helikopterem z Kotła Zachodniego.

Bilans ofiar burzy z 10 maja na Evereście był wyjątkowo tragiczny: zginęli kierownicy obu wypraw komercyjnych: Rob Hall i Scott Fischer, przewodnik z wyprawy Halla – Andy Harris, klienci wyprawy Halla: Doug Hansen oraz Yasuko Namba, zaś Beck Weathers doznał poważnych odmrożeń (podobnie jak kierownik wyprawy tajwańskiej). Do ofiar tej burzy należy też zaliczyć trzech członków wyprawy indyjskiej policji granicznej, którzy 10 maja wspinali się drogą od północy – północno-wschodnią granią. Szokujące było zachowanie zespołu japońskiego, który następnego dnia, w trakcie swojego ataku szczytowego natknął się na wciąż jeszcze żywych, choć straszliwie poodmrażanych Hindusów. Japończycy minęli ich bez słowa – uzasadniali potem swoją postawę w ten sposób, że powyżej 8000 m to nie jest miejsce, gdzie ludzie mogą sobie pozwolić na moralność (!).

***

Tragiczne wydarzenia na Evereście dotarły do publicznej świadomości w pierwszym rzędzie za sprawą bestsellerowej i sugestywnej książki „Wszystko za Everest” autorstwa Jona Krakauera, dziennikarza i uczestnika wyprawy Halla, jak również w wyniku późniejszego ostrego sporu zogniskowanego wokół osoby Bukriejewa. Jak zwykle w takich wypadkach, dyskusja była zażarta.

Z pewnością na przebieg wydarzeń miała wpływ liczba osób, które w jednym dniu wyruszyły na szczyt – jest tu cały kompleks spraw związanych z komercjalizacją Everestu. Jednak nie ten aspekt wydaje się najciekawszy. Najbardziej zaskakujący był fakt, że taka katastrofa przydarzyła się komuś, kto był uważany za absolutnego profesjonalistę w zawodzie przewodnika, co więcej, identyfikował się ze swoja profesją – ostatecznie Rob Hall zginął, gdyż nie chciał opuścić swojego klienta, mimo całej beznadziejności sytuacji. Okazało się, że w strefie śmierci wysokościowej, w warunkach niedotlenienia nikt, nawet najbardziej doświadczony i odpowiedzialny, nie może się ustrzec zachowań irracjonalnych, ewidentnie spowodowanych emocjami (prawdopodobne „zaprogramowanie się” na wprowadzenie klienta na szczyt).

W drodze na szczyt. Fot. travelercorner.com
W drodze na szczyt. Fot. travelercorner.com

 

Obydwaj kierownicy, zarówno Rob Hall, jak i Scott Fischer popełnili elementarne błędy w zakresie zarządzania. Po pierwsze, zdecydowali się na atak szczytowy bez właściwego przygotowania, nie upewniwszy się, że liny poręczowe zostały założone. Po drugie i chyba ważniejsze, złamali reguły dotyczące nieprzekraczalnej godziny odwrotu (ustalonej na godz. 14), i to w obliczu nachodzącej burzy. Rob Hall nie zdecydował się w porę zawrócić swojego najwolniejszego klienta, zamiast tego pomagał mu na ostatnim odcinku. Bezpośrednim skutkiem jego błędu była śmierć trzech osób: klienta, młodego przewodnika i jego samego.

W sytuacji gdy zawiodło kierownictwo, o ostatecznym wyniku zadecydowało przygotowanie i współpraca w ramach zespołu. W grupie Fischera, poza nim samym, nie zginął nikt, a przesądziło o tym kilka elementów: najpierw wysoko w górze, gdy w krytycznej sytuacji znalazła się najsłabsza uczestniczka, Sandy Pittman, jej współtowarzysze potrafili jej pomóc: jedna z osób dała jej zastrzyk z deksametazonu (uprzednio przygotowany przez lekarkę wyprawy), inna oddała swoją pełną butlę z tlenem, w ten sposób umożliwiając jej przezwyciężenie kryzysu. Później zaś, gdy cała schodząca grupa zgubiła drogę i w szalejącej zamieci utknęła w miejscu, znaleźli się najsilniejsi, którzy zdołali dotrzeć do obozu i przekazać informację o położeniu pozostawionych współtowarzyszy. W tym momencie na scenę wkroczył najsilniejszy atut zespołu Fischera – Bukriejew, który jako jedyny znalazł w sobie siły, żeby w zawierusze sprowadzić trzech członków swojej ekipy do obozu i tym samym ich uratować.

Tymczasem w zespole Halla spośród klientów przeżyli tylko ci, którzy potrafili sami w porę się wycofać oraz najsilniejsi – konkretnie sam Krakauer i Weathers. Ten drugi pozostawiony przez swój zespół na pewną śmierć, uratował się dzięki własnej woli przetrwania, następnie zaś dzięki solidarnemu wysiłkowi innych zespołów obecnych wtedy na górze i pomocy z zewnątrz. Chociaż odniósł straszne odmrożenia, przeżył i ostatecznie powrócił do pełnej sprawności.

Ludzkiej reakcji zabrakło natomiast Japończykom z północno wschodniej grani.

Dziś, po 20 latach, wyprawy mają do dyspozycji znacznie bardziej zaawansowane środki techniczne, czy to jeśli chodzi o prognozy pogody, czy łączność; pod wpływem wydarzeń z 1996 zwraca się większą uwagę na logistykę fazy przygotowawczej, pogłębiła się też wiedza na temat fizjologii działania organizmu człowieka na dużych wysokościach. Nadal jednak ludzie tracą życie przez swoje błędy i to człowiek, z jego pragnieniami i ambicjami, pozostaje najbardziej nieprzewidywalnym i ryzykownym elementem w łańcuchu czynników, które decydują o przeżyciu w starciu z potęgą Gór.

 

Krystyna Palmowska

 


 

W ubiegłym roku ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne kolejna edycja  „Wszystko za Everest” Jona Krakauera – w nowym tłumaczeniu Krystyny Palmowskiej.

Udostępnij wpis

Przeczytaj również