REKLAMA

Zwycięstwo i tragedia [Broad Peak 1975]

Kazimierz Głazek | 28 lipca 2016

264243_big

 

28 lipca budzimy się o 1 w nocy i po solidnym śniadaniu około godziny 3 wyruszamy z obozu III w górę. Niebo jest wygwieżdżone, panuje silny mróz (przeszło 20 stopni). Są to symptomy dobrej pogody. Niesiemy ze sobą dwie liny długości 60 m każda, 2 młotki lodowe, 25 karabinków, 12 śrub lodowych, 15 haków skalnych, 2 radiotelefony, 6 płacht z folii, zapasowe rękawice, skarpety i getry, 6 aparatów fotograficznych, kamerę filmową oraz żywność na dwa dni. Mamy parę swetrów, 6 kurtek puchowych, 5 par spodni ocieplanych.

KU SZCZYTOWI

Idziemy zmieniając się w prowadzeniu. Śnieg jest różnorodny. Na ogół zapadamy się w nim do połowy łydek, ale czasem i głębiej. Początkowo zmiany w torowaniu następują co 100 kroków, później co 30. Około godziny 13.30 jesteśmy w odległości około 300 m od przełęczy. Odpoczywamy tu chwilę i kontaktujemy się z bazą. Po to, żeby przyśpieszyć wchodzenie, postanawiamy zostawić w tym miejscu 3 plecaki, a w nich część zapasowej odzież, nieco żywności, aparaty fotograficzne oraz radiotelefon.

Niebo jest nadal bezchmurne. Mniej więcej 150 m dalej, gdy do przełęczy brakuje jeszcze około 100 m, po zmianie w prowadzeniu przystają na parę chwil R. Bebak i J. Kuliś. Reszta toruje dalej drogę na przełęcz. W tym czasie pojawia się mała chmura, która powoduje 15-minutowy niewielki opad śniegu. Pole śnieżno-lodowe pod przełęczą zamknięte jest u góry progiem, przez który wyprowadzają dwa żlebki. Lewy wydaje mi się łatwiejszy, kieruję się więc w jego stronę (Austriacy w r. 1957 wchodzili prawym). Rzeczywiście nie napotykam żadnych większych trudności, dopiero pod samą przełęczą (ostatnie 15-20 m) jest trochę trudniej ze względu na kruchość skały i stromość terenu, ale i tu — przy aktualnie panujących warunkach śniegowych — asekuracja liną nie jest potrzebna. Na przełęczy staję o 15.15, niedługo po mnie zjawiają się inni koledzy. O godzinie 15.30 jest nas razem czterech. Zdaniem M. Kęsickiego, który ostatni wchodzi na przełęcz, Bebak i Kuliś rezygnują z dalszego wejścia — poczekają na nasz powrót lub nawet wrócą do obozu III.

Ponieważ wszyscy czują się dobrze i pogoda jest znowu piękna, postanawiamy w czwórkę (dołączając do naszej trójki Kęsickiego) iść dalej granią na szczyt. Około 16 informuję o tym przez radio kierownika wyprawy. (Warto w tym miejscu dodać, że Austriacy w r. 1957 byli na przełęczy o półtorej godziny później od nas.) Wznosząca się przed nami stroma i wąska skalno-śnieżna grań o długości około 300 m spiętrzona jest dwoma uskokami: jednym niedaleko przełęczy — w kształcie przewieszonej czarnej skały, a drugim w postaci pionowego rogu skalnego tuż pod szczytem. Ten drugi mogliśmy dokładniej obejrzeć dopiero będąc wyżej na grani, już z przełęczy jednak odnosiliśmy wrażenie, że obydwa uskoki można będzie łatwo ominąć z lewej lub prawej strony.

Pierwszy rusza M. Kęsicki. Trochę poniżej pierwszego uskoku zmieniam go i prowadzę już do końca. Wspinamy się takim systemem, że pierwszy idzie asekurowany od dołu, a następni wchodzą używając rozciągniętej liny jako poręczówki. Do liny przyczepiamy się za pomocą zakręcanych karabinków, przymocowanych do pasów asekuracyjnych, co pozwala na łatwe zmienianie kolejności wchodzenia. Podczas wspinaczki dowiaduję się, że J. Kuliś po naradzie z R. Bebakiem postanowił też pójść na szczyt i dołączył do naszego zespołu. Pod przełęczą zostawił kamerę filmową. Postanawiamy wchodzić całą piątką, nie możemy jednak przekazać tej wiadomości do bazy, ponieważ nasz radiotelefon uległ uszkodzeniu. Kiedy znajduję się około 80 m od szczytu stwierdzam, że zaczyna wiać silny wiatr, a na niebie pojawiają się drobne smugowe chmurki, zwiastujące zepsucie się pogody za 2—3 dni. Jestem w śnieżnej rynnie poniżej drugiego uskoku grani i staram się przyśpieszyć tempo wspinaczki. Drugi uskok, podobnie jak pierwszy, udaje nam się ominąć z lewej strony (na całej grani napotykamy na 2 miejsca o trudnościach IV). Gdy teren staje się połogi idę dalej szukając najwyższego miejsca. Pozostali koledzy czekają w miejscu bardziej osłoniętym od wiatru, który tymczasem przypędził śnieżne chmury. Widoczność radykalnie pogarsza się i zaczyna padać gęsty śnieg. Po chwili dołącza do mnie J. Kuliś i idziemy dalej, kierując się lekko w prawo. Po ok. 150 m osiągamy wszyscy wyraźne wzniesienie na śnieżno-lodowym grzbiecie, a trochę dalej Kuliś i ja docieramy „na wszelki wypadek” do następnego. Przy chwilowej widoczności wynoszącej ok. 200 m wspólnie stwierdzamy, że osiągnięte przez nas wzniesienie na śnieżno-lodowej grani jest jej najwyższym punktem.

Na szczycie stajemy około 19.15-19.30. Zostawiamy poniżej w kamieniach przygotowaną wcześniej puszkę z nazwiskami i ze względu na zamieć kierujemy się z powrotem w dół. Wierząc, że załamanie pogody jest krótkotrwałe, obiecujemy sobie wrócić tu za dzień lub dwa, aby zrobić zdjęcia ze szczytu.

W ŚNIEŻNEJ ZAWIERUSZE

W trudniejszych miejscach na grani zjeżdżamy na linie. Zakładaniem i likwidacją zjazdów zajmują się głównie M. Kęsicki i B. Nowaczyk, wszyscy jednak pomagają im w miarę potrzeby. O godzinie 21 cała piątka znajduje się w odległości około 30 m od przełęczy. Ostatni odcinek grani pokonujemy w następującej kolejności: A. Sikorski, M. Kęsicki, K. Głazek, J. Kuliś i B. Nowaczyk. Wieje już teraz huraganowy wiatr, a zamieć śnieżna utrudnia widoczność i porozumienie się. Mimo użycia świateł czołowych chwilami nie widać dalej niż na dwa metry. Ostre kryształki śniegu miotane silnym wiatrem boleśnie uderzają w twarz i kłują w oczy. Luzuje mi się taśma przy raku, wobec czego muszę schodzić tylko w jednym. Na dodatek nie mam światła, gdyż Andrzej zgubił jedną z części mojej latarki czołowej. Schodzę więc bardzo ostrożnie, ze zdwojoną uwagą. Na ostatnim odcinku kieruję się bardziej w prawo, niż prowadzi trasa zjazdu. Po zejściu na płaskie siodło przełęczy krzyczę, aby zjeżdżał następny, a stwierdziwszy, że u góry mnie zrozumiano, siadam koło Kęsickiego i Sikorskiego, by przywiązać drugi rak, który zniosłem w ręku.

Wieje bardzo silny wiatr, a mróz przekracza na pewno 30oC. Właśnie wtedy podczas manipulacji przy raku, odmrażam sobie wszystkie palce u rąk. Siedzimy w odległości około 2-3 m od końca liny, starając się osłonić przed wiatrem i w miarę możliwości obserwując następnych zjeżdżających. Po mnie zjeżdża Kuliś, a jako ostatni ma zjechać Nowaczyk. Sikorski, który miał pomóc Nowaczykowi w ściągnięciu liny, stwierdza w pewnej chwili, że Bohdan nie dotarł na przełęcz, brak jest też końca liny. Z przerażeniem konstatujemy, że Bohdan spadł wraz z nią w urwiska chińskiej strony masywu, gdzie ściany skalno-lodowe mają ok. 3 km wysokości. Nie odnoszą skutku nawoływania, nie daje też żadnego efektu świecenie czołówkami. W dodatku wówczas dopiero okazuje się, że Marek Kęsicki zostawił pod przełęczą linę, którą niósł w plecaku. W tej sytuacji czeka nas niełatwy biwak na przełęczy. Pogoda i ukształtowanie terenu wykluczają jakąkolwiek akcję ratunkową i możliwość poszukiwań Nowaczyka (na całej grani od przełęczy po wierzchołek znajdują się ogromne nawisy śnieżne na chińską stronę).

Noc jest niezmiernie ciężka. Szaleje zawieja śnieżna i huraganowy porywisty wiatr, przed którym nie ma się gdzie schronić. Usiłujemy wyrąbać czekanami choćby dołek w zlodowaciałym śniegu, nie osiągamy jednak większego efektu. Każdy na swoją rękę osłania przed wiatrem przynajmniej twarz i próbuje trochę drzemać. Koledzy używają płacht biwakowych z folii metalizowanej. Ja w wyniku zmęczenia lub niedotlenienia zapominam, że mam ją także w kieszeni. Staram się przytulić do Kulisia, który siedzi najbliżej. Przez całą noc trzęsę się z zimna, o spaniu nie ma nawet mowy. Około 6.00 rano, gdy trochę się rozjaśnia, kontynuujemy poszukiwania Nowaczyka. Asekurowany po-związywanymi pętlami przez Kęsickiego, czołgam się po wielkim nawisie i usiłuję zajrzeć w ścianę, w którą spadł Bohdan. Niestety daremnie — nadal szaleje burza śnieżna i widoczność jest bardzo ograniczona. O godzinie 6.30 Kulisiowi udaje się prowizorycznie naprawić złamaną antenę radiotelefonu i nawiązać łączność z bazą. Mówimy, że jesteśmy na przełęczy, że nie mamy liny i że będziemy mieli trudności w zejściu. Kontakt chwilami przerywa się, a słyszalność jest bardzo słaba, toteż przekazywane przez nas informacje nie są w bazie w pełni rozumiane. Nie możemy liczyć na pomoc z dołu przed ustaniem burzy, zaś każda godzina zwłoki na przełęczy pogarsza naszą sytuację. Z pętli osobistych i rozplecionych pasów asekuracyjnych wiążemy sznur długości około 25 m, zdajemy sobie jednak sprawę, że wytrzymałość niektórych jego odcinków jest zbyt mała, by zapewnić należytą asekurację. Za pomocą tej improwizacji w nie słabnącej zawierusze śnieżnej, próbujemy nadal penetrować okolice przełęczy oraz nawołujemy. Wszystko bez rezultatu.

ZEJŚCIE Z PRZEŁĘCZY

Jest już popołudnie, gdy zbieramy się do dalszego schodzenia w dół. Dla wszystkich jest oczywiste, że prowizoryczny sznur nie nadaje się ani do sztywnej, ani do lotnej asekuracji, wiemy także, iż w żlebie nie ma możliwości zakładania bezpiecznych stanowisk. Postanawiamy więc, że sznura użyjemy jako poręczówki w stromej górnej części żlebu. Aby wyeliminować niebezpieczeństwo zrzucania na siebie kamieni i lodu, musimy schodzić żlebem pojedynczo. Pierwszy mam ruszyć w dół ja, wyznaczając trasę i w razie potrzeby rąbiąc stopnie w lodzie lub śniegu. Następnie mam odszukać pozostawiony wczoraj przez Kulisia plecak z cenną kamerą filmową. Drugi będzie schodził Marek Kęsicki, który pod żlebem poczeka na schodzących w dalszej kolejności Sikorskiego i Kulisia.

Ze względu na duże zmęczenie, schodzę bardzo powoli. Wciąż trwa zamieć, chwilami nie można otworzyć oczu, w które tnie mieciony wiatrem śnieg. Muszę często przystawać i odpoczywać. W końcu jestem poniżej żlebu i krzyczę, że może schodzić następny. Obniżając się dalej stwierdzam, że w niektórych miejscach jest znacznie trudniej niż poprzedniego dnia — wiatr poodsłaniał płaty lodu, na którym trzeba rąbać stopnie. Długi fragment zejścia zupełnie umyka mi z pamięci — aż do chwili, gdy nagle uświadamiam sobie, że zszedłem za nisko i że po to, by odnaleźć plecak z kamerą, już wcześniej powinienem trawersować w lewo. Luki w pamięci powstają prawdopodobnie wskutek wyczerpania oraz związanego z wysokością niedotlenienia mózgu. Idę więc w stronę miejsca, gdzie poprzedniego dnia odpoczywali Bebak i Kuliś. Widoczność jest znikoma, wołania do kolegów pozostają bez odpowiedzi… Jestem mocno zmęczony. Odcinek z przełęczy, który poprzedniego dnia idąc w górę pokonałem w niespełna godzinę, teraz zajął mi około 3 godzin.

JESZCZE JEDEN BIWAK

W końcu odnajduję przysypany całkowicie plecak z kamerą i wracam z nim do miejsca, gdzie już poprzedniego dnia zauważyliśmy szczelinę w lodzie. Moje nawoływania wsiąkają w zamieć bez echa. Zbliża się wieczór. Dochodzę do wniosku, że ponieważ koledzy muszą być równie wyczerpani, jak ja, nie ma mowy o osiągnięciu w tym dniu obozu III. Oglądam szczelinę i na jej krawędzi zaczynam kopać w śniegu jamę biwakową. Dalsze nawoływania nagle przynoszą sukces: gdzieś w górze odzywa się Kuliś. Podczas chwilowej poprawy widoczności zdaje mi się nawet, że widzę jego sylwetkę, za chwilę jednak znów ona znika. W pewnym momencie dostrzegam w zmroku przelatujący kilka metrów ode mnie duży ciemny przedmiot. Wołam — odpowiada mi Janusz Kuliś, gdyż to właśnie on spadł, pośliznąwszy się na odsłoniętym lodzie. Naprowadzany jego światłem czołowym, schodzę do niego około 50 m w dół, gdzie zatrzymał się w zaspie śnieżnej. Biorę od niego plecak i obaj wracamy w górę do przygotowanej jamy biwakowej. Razem teraz nawołujemy kolegów i świecimy czołówkami — bez efektu niestety. Z relacji Kulisia wynika, że Andrzej Sikorski, który miał schodzić po Kęsickim, zawrócił na przełęcz, prosząc Kulisia, aby ten ruszył pierwszy, powiedział przy tym, że wydawało mu się, iż zobaczył, jak Marek spadł w dół. (Kuliś schodząc widział ślady upadku Kęsickiego.)

Pogłębiwszy jamę staramy się znaleźć w niej osłonę od wiatru. Teraz nagle przypominam sobie o płachcie, którą mam w kieszeni. Owijamy się nią. Nie mamy nic do jedzenia, ani do picia. Wiemy, że obaj jesteśmy odmrożeni. Siedzący głębiej Janusz zasypia. Ja od czasu do czasu wołam do Andrzeja i Marka, niestety bez odpowiedzi. Całą noc trwa zawieja.

Gdy się trochę rozwidnia, zaczynamy schodzić w dół, rozglądając się w poszukiwaniu kolegów i zgubionego przez Kulisia czekana. Czekan tkwi wbity w śnieg około 100 m od naszego biwaku. Jeszcze niżej dostrzegamy ciemny kształt, niewiele wystający ze śniegu. Po dojściu do niego stwierdzamy z przerażeniem, że to Andrzej Sikorski. Konstatujemy widoczne obrażenia oraz brak akcji serca, mimo to przez dłuższy czas robimy sztuczne oddychanie i próby masażu. Niestety bez rezultatu. W tym czasie pogoda poprawia się. Korzystając z przejaśnienia postanawiam zejść szybko w dół po aparat tlenowy. Po chwili Janusz woła do mnie, że Andrzejowi nic już nie jest w stanie pomóc. W tej sytuacji obaj schodzimy w dół — z marszu penetrując stok w poszukiwaniu Marka Kęsickiego. Daremnie jednak. Nie odnajdujemy nawet pozostawionych poprzedniego dnia plecaków. Tymczasem wiatr ustaje, widoczność jest znowu całkiem dobra, a nawet świeci słońce. Wyprzedzam nieco Kulisia i około południa docieram do obozu III, gdzie Bebak podaje mi jakiś napój. Chcę z nim razem wyjść naprzeciw Kulisia, dowiadujemy się jednak wtedy przez radiotelefon, że z bazy obserwują go bacznie i że zbliża się właśnie do obozu. Gdy przychodzi stwierdzamy, że obaj jesteśmy bardzo wyczerpani i nie mar/y sił do dalszego marszu, choć do wieczora pozostało jeszcze sporo czasu. Nie jesteśmy w stanie nic przełknąć. Janusz ma poodmrażane stopy, a ja palce u rąk.

Z głębokiego snu budzimy się dopiero następnego dnia, a pierwsze nasze pytania dotyczą Marka Kęsickiego. Niestety, Marek nie powrócił.


Kazimierz Głazek „Zwycięstwo i tragedia” Taternik 1/1976 – druga część sprawozdania z wyprawy na Broad Peak Środkowy w 1975 roku.


 

Skomentuj

  • (will not be published)

*

Partnerzy: