REKLAMA

AKCEPTACJA RYZYKA: wspinaczkowe tematy tabu

Taternik | 02 kwietnia 2021

Tekst ten powstał niezależnie od redakcyjnej dyskusji na temat akceptacji ryzyka. Jego autor wpisuje się jednak w jej nurt.

Pisze: Marek Kujawiński, instruktor taternictwa PZA i wspinaczki wysokogórskiej, z wykształcenia inżynier mechanik. Absolwent stażu w ENSA w Chamonix we Francji. Członek Akademickiego Klubu Górskiego w Łodzi i jego prezes w latach 2001-2010. Członek Komisji Szkolenia PZA w latach 2005-2009 i jej przewodniczący w latach 2016-2017. Przewodniczący zespołu roboczego do spraw zbadania okoliczności wypadku na Shivlingu.

W zapoczątkowanej przez Piotra Xsięskiego dyskusji udział wzięli:

Wspinaczka przez wielu uważana jest za sport ekstremalny, podczas gdy inni widzą w niej prawie wyłącznie dobrą zabawę i rozrywkę, natomiast jeszcze inni realizują poprzez nią swoje pasje i tzw. „miłość do gór”. Wprawdzie wymaga ona siły, wytrwałości i gotowości do poświęceń, ale w zamian oferuje często niezapomniane i nieosiągalne w innych dziedzinach życia doznania. Z roku na rok przybywa też osób entuzjastycznie i bezkrytycznie podchodzących do wspinaczki, zachłystujących się pozytywami tego sportu, reprezentujących nurt, który określam mianem mitu bezpiecznego wspinania. Niezależnie od tego jak do wspinaczki podchodzimy, liczne przykłady z życia wzięte ujawniają również tę drugą, chętnie pomijaną, mroczną i niechcianą stronę medalu. Wspinaczka jest bowiem również bardzo niebezpieczna.

***

Z uprawianiem tego sportu związane jest nierozłącznie znaczne ryzyko wystąpienia zjawisk niepożądanych, które mogą prowadzić do poważnych urazów, a nawet śmierci. Mnogość zagrożeń obiektywnych towarzyszących wspinaczce, brak doświadczenia i odpowiedniego przygotowania, złe planowanie i nieodpowiednie wyposażenie to jedne z wielu czynników, które mogą doprowadzić do wypadku, również tego ze skutkiem śmiertelnym. Jednak o tej stronie medalu wolimy nie myśleć.

Ryzyko wypadku ze swej natury jest dla nas czymś nieprzeniknionym, demotywującym, niepoddającym się tak łatwo identyfikacji i ocenie, a przez to budzącym uzasadniony niepokój. Zwykle trudno się nam z nim oswoić, zaakceptować i pogodzić się z jego istnieniem. Każdy lub prawie każdy obawia się wypadku i jest to uzasadnione. Co takiego zatem sprawia, że mimo to podejmujemy jednak wyzwania?

Tą iskrą inicjującą płomień jest inspiracja. Bez niej nic nie jest w stanie się zacząć. Źródłem inspiracji może być przeczytana książka, obejrzany film, opowiedziana historia lub najczęściej po prostu inni ludzie. W ślad za inspiracją idzie motyw naszego działania, a potem samo działanie. Aby osiągnąć cel, na każdym etapie konieczna jest również determinacja. Bez niej nic nie ma prawa się udać. Jednak wbrew romantycznym ciągotom ludzkiej natury życie niestety nie toczy się li tylko według najprostszych, żeby nie powiedzieć prostackich scenariuszy, które można by zawrzeć w znanej sentencji „jest ryzyko, jest zabawa, albo piargi, albo sława”.

***

Niestety, w repertuarze możliwych konsekwencji wspinania równie prawdopodobne może być dożywotnie kalectwo. O ile kontuzje i śmierć ze swej natury są stanami przejściowymi (choć co do śmierci zdania są podzielone w zależności od światopoglądu), o tyle kalectwo okazuje się być stanem chronicznym, uniemożliwiającym nam często samodzielne funkcjonowanie, samorealizację, ale przede wszystkim stanem obciążającym pod każdym względem naszych bliskich przez resztę ich życia. Wielu z nas o tym zapomina albo nie chce o tym pamiętać, nie dopuszczając do świadomości również takiej możliwości rozwoju sytuacji. Kalectwo ze swej natury źle wpisuje się w romantyczny etos wspinania, jest niemedialne i sekujące – żeby nie powiedzieć ekskomunikujące.

Najczęściej do wypadków dochodzi z przyczyn ludzkich, ale mogą być też one wynikiem wyjątkowo niefortunnego zbiegu okoliczności. O wypadkach wspinaczkowych na ogół mówi się rzadko i dość niechętnie. Jeśli już do nich dojdzie, to najczęściej nie potrafimy o tym rzeczowo i bez emocji rozmawiać. Trudno się temu specjalnie dziwić, bowiem zwykle klasyfikujemy je do kategorii porażek, a o nich raczej chce się zapomnieć. Wyjątek od reguły stanowią zwykle te z nich, które są najtragiczniejsze w skutkach. Te, dla odmiany, chętnie znajdują przez chwilę swoje miejsce w przestrzeni medialnej, rozgrzewając emocje, podnosząc słuchalność czy oglądalność danej audycji. Ot, taki ludzki paradoks, kiedy to na ogół dość chętnie oglądamy/słuchamy/czytamy takie relacje. Przy okazji zajmujemy się komentowaniem dramatycznych wydarzeń i często bardzo chętnie stawiamy się w roli arbitra, dokonując krytycznej oceny. Na ogół obowiązuje tutaj zasada, że oceniający dane postępowanie widzi najmniejsze źdźbło w oku innej osoby, a jednocześnie pozostaje ślepy na belkę w swoim. Z niechęcią i często agresją odnosimy się do osób, które wygłaszają (często uzasadnioną) krytyczną ocenę dotyczącą bezpośrednio naszego niefortunnego działania.

***

Jedną z form radzenia sobie z tym trudnym do zaakceptowania problemem, jakim jest wypadek, jest tzw. postawa wyparcia. Najczęściej objawia się ona przemilczaniem problemu, tak jakby w ogóle go nie było, nie od dziś przecież wiadomo, że „wypadek to coś takiego, czego nie ma, dopóki się nie wydarzy”. Często też spotykaną postawą obronną jest też przekonanie, że wypadki dotyczą wyłącznie innych, a nie mnie, oraz wiara we własną nieśmiertelność. Nie należy jednak takim postawom przypisywać wyłącznie negatywnego znaczenia. Owa nadzieja, że mimo iż okoliczności są skrajnie niesprzyjające, to wyjdziemy z opresji obronną ręką, jest być może jednym z głównych czynników naszej determinacji. Podłożem i uzasadnieniem tej nadziei są głęboko zakorzenione pokłady optymizmu i chęć do życia, które nie pozwalają człowiekowi myśleć o sobie inaczej jak tylko „jestem kimś wyjątkowym”. Bez takiego przekonania to, co robimy w życiu codziennym oraz realizując swoje pasje, nie miałoby, jak sądzę, żadnego celu i sensu. Niezależnie od naszych postaw obronnych do wypadków jednak dochodzi.

***

Wspólną cechą wszystkich wypadków jest to, że jego ofiary/uczestnicy niezmiennie są nimi zaskoczeni. Mimo wszystko może warto jednak zastanowić się choć przez chwilę i wypracować właściwą proporcję pomiędzy naszymi po stawami obronnymi (które choć usprawiedliwione w sytuacji zagrożenia, mają wyłącznie charakter subiektywny), a obiektywizmem rzeczywistych zdarzeń. Jak zawsze w kontekście wypadku wielu z nas zadaje sobie pytania o charakterze egzystencjalnym, o sens ludzkiego istnienia i śmierci. A śmierć, zwłaszcza w górach, to zawsze sfera bardzo intymna, granicząca nieomal z sacrum. Związane z nią nierozłącznie podłoże emocjonalne sprawia, że mówi się o niej bardzo trudno i na ogół dość oględnie. Wprawdzie wszyscy doskonale wiemy, że jest nierozłącznie związana z istnieniem człowieka (tak jak narodziny) i prędzej czy później będzie udziałem każdej/każdego z nas, ale czy jesteśmy na nią przygotowani?

***

Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że większość osób wspinających się w ogóle nie dopuszcza możliwości wystąpienia wypadku „tu i teraz”, a jest to spowodowane wspomnianą wcześniej postawą wyparcia. Mam też wrażenie, że większość wspinaczy umawia się ze sobą wyłącznie na osiągnięcie sukcesu, tak jakby zapomnieli lub nie chcieli wiedzieć o tym, że ze wspinaniem związane jest ryzyko mniejszej lub większej awarii. A że na awarię ludzie zwykle się nie umawiają, więc w sytuacji jej wystąpienia są po prostu bezradni.

Aby tak nie było, powinniśmy nieustannie studiować zaistniałe już wypadki, wyciągać z nich wnioski, aby móc próbować unikać problemów, a jeśli już do nich dojdzie, to umieć je rozwiązywać. Chodzi o to, aby być możliwie jak najlepiej przygotowanym do czasu ewentualnej próby. Powinien to być proces ciągły i nieustający, bowiem nie znamy „dnia ani godziny”. Można powiedzieć tylko tyle, że zawsze będzie to najbardziej nieoczekiwana i nieodpowiednia chwila. Nie zawsze wyjdziemy z tej próby zwycięską ręką, ale przynajmniej dajmy sobie na to szansę.

Jeśli już mowa o możliwości utraty życia lub doznaniu kalectwa w wyniku wypadku w czasie wspinania, to jak przygotować siebie i towarzyszy wspinaczki oraz swoich bliskich na taką możliwość? To poważny i chyba nierozwiązywalny problem, w każdym razie ja nie potrafię podać sensownej recepty na jego rozwiązanie. Wątpię też, aby ktokolwiek w kwiecie wieku i pełni sił witalnych mógł uczciwie powiedzieć, że jest na taką ewentualność przygotowany.

***

Czymś, co pozwala rozeznać ciąg przyczynowo-skutkowy po wypadku, jest analiza zdarzeń. Dotychczasowa praktyka w tym względzie nie jest pocieszająca, bo wskazuje na to, że stosunkowo rzadko spotykamy się z dogłębną i rzetelną oceną przyczyn wypadków wspinaczkowych w Polsce. W każdym razie takie analizy nie mają charakteru systemowego, a raczej doraźny. Wprawdzie przez całe lata zbierane są protokoły wypadkowe oraz dokonywane analizy zdarzeń, ale dotyczą one prawie wyłącznie wypadków szkoleniowych. Generalnie, istnieje problem z przepływem informacji na temat wypadków między służbami ratowniczymi a PZA i samymi wspinaczami. Często jest to uwarunkowane niechęcią do dzielenia się przykrymi doświadczeniami, obowiązującymi przepisami, ale też brakiem wypracowanej formuły postępowania w takich przypadkach. Niestety, najczęściej bywa tak, że działamy w stylu „ten coś tam słyszał, ten coś tam widział”. Informacje w taki sposób pozyskane są często okraszone osobistą interpretacją relacjonującego, mają charakter powielaczowy i są najczęściej trudno dostępne ogółowi.

Czy warto zatem rozdrapywać świeże, niezabliźnione jeszcze rany poprzez analizę okoliczności i przyczyn wypadków? Wielu powie, że przecież to nie przywróci zdrowia czy życia ofierze, nie cofnie czasu, nie wymaże straty i bólu, jaki przeżywają bliscy poszkodowanego. To prawda, jedyne, co można zrobić w tej sytuacji, to sprawić, aby to, co dla jednych jest traumatycznym przeżyciem, dla innych stało się nauką na przyszłość. Nie zapominajmy o tym, że wypadki są również źródłem (bardzo kosztownym), ale jednak źródłem indywidualnego i zbiorowego doświadczenia. Szkoda byłoby te doświadczenia zaprzepaścić. Analizując przebieg wydarzeń, należy wykazywać się empatią i taktem, mając na uwadze chociażby aspekt emocjonalny, jaki towarzyszy wypadkom, w szczególności nie należy rozpatrywać ich w kontekście personalnym. O wiele ciekawsze jest to, dlaczego na pewnym etapie dochodzi do błędów, które prowadzą do utraty zdrowia lub życia? Istotne są zatem następujące po sobie elementy, które z perspektywy wydarzającego się po nich tragicznego zdarzenia układają się w pewną logiczną całość. Wyłuskując z ogromu innych danych te zjawiska i mechanizmy, jesteśmy w stanie w dłuższej perspektywie wypracować metody postępowania w sytuacjach kryzysowych. Każda analiza wypadku jest zatem cenna, bo katalizuje jakąś dyskusję i może przyczynić się do wyciągnięcia uogólnionych wniosków, tj. nauki na przyszłość.

***

Analiza wypadków skłania również do uprawnionej konkluzji, że w zasadzie na każdym etapie działania istnieje możliwość przerwania łańcucha zdarzeń prowadzącego do wypadku.

Sami musimy odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że w każde nasze działanie (niezależnie od doświadczenia) wpisane jest ryzyko popełnienia błędu i że to nieuniknione? Czy jesteśmy w stanie, choćby w zaciszu sumienia, przyznać sami przed sobą, że błędy popełniamy i co ważniejsze, czy wyciągamy z nich wnioski na przyszłość?

Tak naprawdę chodzi o to, aby mieć do własnego wspinania pewien dystans i być skłonnym do refleksji nad tym, co i jak robimy, mieć świadomość własnych zalet i ułomności. Dystans do siebie pozwala nabrać też przekonania o konieczności ciągłego uczenia i doskonalenia się w tym, co robimy. Ten dystans do siebie i swoich osiągnięć działa otrzeźwiająco, pozwala zachować równowagę pomiędzy własnymi dokonaniami, a sferą medialną, która rządzi się przecież swoimi (często pozostającymi w sprzeczności z faktami) regułami. Kto z nas nie lubi być chwalonym i podziwianym, tym, o którym się mówi i pisze, jednym słowem osobą znaczącą w środowisku?

Nie zapominajmy o tym, abyśmy w pogoni za popularnością i rozpoznawalnością nie zatracili w medialnych przepychankach i prężeniu piersi istoty wspinania oraz rzetelności w mówieniu i pisaniu o nim.

***

Jest jeszcze jedna kwestia, która umyka naszej percepcji. Zwykle analizujemy tylko te zdarzenia, które doprowadziły do wypadku. I to jest, moim zdaniem, błędem. Analizie trzeba poddawać zarówno sukces, jak i porażkę, bo tylko takie podejście daje możliwość pełnego rozeznania łańcuchów zależności. Bardzo często bywa tak, że nawet rażące błędy w konfrontacji z odniesionym później sukcesem po prostu bledną. Powiedzenie „zwycięzcy się nie sądzi” tłumaczy dobitnie to zjawisko. O ile mi wiadomo, jeszcze nikt publicznie nie odważył się podjąć analizy „sukcesu” w kontekście popełnionych błędów. Istnieje też realne niebezpieczeństwo, że takie analizy (wbrew intencjom) mogą zostać wykorzystane jako narzędzie walki personalnej i w konsekwencji przyczynić się do jeszcze głębszej polaryzacji środowiska wspinaczkowego. Rozeznanie łańcucha zdarzeń i wypływających z niego konsekwencji wydaje się być uniwersalnym antidotum na wypadki. Rzecz jednak nie jest tak prosta, jak się na pozór wydaje. Na samym początku zwykle nie potrafimy dostrzec konsekwencji naszych wyborów, a „im dalej w las”, tym trudniej zrezygnować z już zaplanowanego celu. Zwykle wtedy, gdy już dostrzegamy problem, jest zbyt późno, aby wycofać się bez większych kosztów. Potwierdzeniem tej tezy jest to, że poszkodowani w wielu przypadkach działają jakby bezrefleksyjnie, w ogóle nie dostrzegając kolejno po sobie występujących sygnałów ostrzegawczych. Zachowują się niczym ćmy lecące uparcie do płomienia świecy. Zawsze jest jednak nadzieja, że ktoś zareaguje w porę, kiedy to jeszcze możliwe, i będzie mógł wyjść z opresji bez szwanku.

Przy okazji profilaktyki bezpieczeństwa coraz częściej w przestrzeni wspinaczkowej pojawiają się kalki językowe zaimportowane wprost z innych sfer życia, zwykle ekonomiczno-gospodarczej, np. „zarządzanie ryzykiem”, co moim zdaniem nie do końca odpowiada specyfice zagadnienia, jakim się zajmujemy. Stwierdzenie to budzi u mnie uzasadnione kontrowersje i wątpliwości, bo czy aby na pewno w naszym sporcie jesteśmy w stanie od początku do końca „zarządzać ryzykiem”? Na pewno możemy je znacznie ograniczać, ale czy w tym, co robimy, jesteśmy panami sytuacji? Planowanie jest ważne, o ile nie najważniejsze, ale przejawem bezgranicznej pychy byłoby przekonanie, że jesteśmy w stanie zaplanować od początku do końca każdą (bez wyjątku) przestrzeń naszego życia. Dodatkowo, mnogość danych powoduje szum informacyjny i niejaką trudność w wydobyciu z nich tych najistotniejszych. Usilne szukanie racjonalnej odpowiedzi na każdy pojawiający się problem powoduje tak wielki natłok informacji, że w konsekwencji (zwłaszcza u osób mniej doświadczonych) może to skutkować podjęciem błędnych decyzji lub wręcz paraliżem decyzyjnym. Jak wielu z nas powinno zrozumieć i zaakceptować to, że ze wspinaczką nierozłącznie związane jest ryzyko wypadku, a proces decyzyjny we wspinaniu zawsze będzie obarczony pewną dozą niepewności.

***

Jest jeszcze inne bardzo groźne w skutkach niebezpieczeństwo dla nas samych. Jest nim wszechobecne konsumpcyjne i egoistyczne podejście do wspinania i samego życia, czego wyrazem jest skupienie się wyłącznie na sobie i podporządkowanie temu dosłownie wszystkiego. To podejście jest nieobce człowiekowi od zarania dziejów, ale w dobie globalizacji i internetu zaczyna przybierać szczególny i groźny charakter. Takie podejście prowadzi z czasem do pogubienia się w tym, co robimy, tj. do powierzchownego i instrumentalnego traktowania zarówno otaczającej nas przyrody, jak i ludzi, nie wyłączając z tego naszych partnerów. W konsekwencji sprawy naprawdę ważne spychane są na dalszy plan i ulegają stopniowemu rozmyciu. Aby tak się nie stało, konieczny jest dystans do siebie, spojrzenie na sprawy z perspektywy oraz ciągła refleksja zarówno nad tym, co i jak robimy (tu i teraz), jak i nad tym dokąd zmierzamy.

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: