REKLAMA

Kilian Jornet. Niemożliwe nie istnieje

Taternik | 06 kwietnia 2021

Kilian Jornet doprowadził swoje ciało do granic wytrzymałości, doznał wielu kontuzji, a każdy kolejny jego wyczyn to balansowanie na granicy życia i śmierci. Dwa razy w ciągu tygodnia wbiegał na Mount Everest bez butli tlenowej. Na swoim koncie ma też rekordy w biegu na Mount Blanc, Denali czy Aconcaguę. W skyrunningu Kilian osiągnął prawie wszystko. Z pozorną lekkością dokonał tego, co wydawało się niemożliwe. Ale nic nie jest dziełem przypadku: od dzieciństwa trenował ciało i umysł, by być doskonale przygotowanym zarówno na sukces, jak i porażkę. W intymnej i szczerej do bólu książce Kilian Jornet dzieli się doświadczeniem, zaraża pasją i pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych.

[fragment] EVEREST LATEM

Kiedy dotarłem do Rongbuk, o mało nie wyskoczyłem z siedzenia samochodu, gdy zobaczyłem aglomerację namiotów w obozie bazowym pod Everestem. Wcześniej jeździłem w Himalaje poza sezonem i zawsze towarzyszyła mi samotność. Dlatego postawiłem oczy w słup na widok tego małego miasta namiotów – we wszystkich możliwych rozmiarach i kolorach – w jakie zamienił się obóz. Słychać było głosy mówiące w wielu językach i wdychało się zapachy dań z dodatkiem afrykańskich przypraw albo oliwy z oliwek.

Wysiadłem z pojazdu, który przywiózł mnie z pobliskiego Czo Oju, gdzie
byłem z Emelie, i zacząłem się tam włóczyć, aż znalazłem namiot Sébastiena Montaza. Moje oczy nie przyzwyczaiły się jeszcze do tego krajobrazu w połowie drogi między górą a miastem. Wciąż miałem w pamięci to, co widziałem osiem miesięcy wcześniej, kiedy dotarłem tu po raz pierwszy.

Była połowa sierpnia 2016 roku. Dotarliśmy do Rongbuk po dwóch tygodniach, podczas których agencja wynajęta przez nas w Lhasie, buddyjskiej stolicy, żeby zorganizować logistykę w górach (namiot kuchnia-jadalnia, zapas jedzenia na miesiąc, kucharz i podróż z Nepalu do Tybetu), wyprowadziła nas z równowagi bardziej, niż się spodziewaliśmy. Codziennie przychodzili z jakimś nowym problemem i nie mogliśmy się już doczekać, kiedy wystartujemy. Mieliśmy tak dosyć, że pewnego dnia wyczerpała się nasza cierpliwość i ruszyliśmy do doliny Langtangu, która znajdowała się w pobliżu, żeby rozładować trochę emocje i uciec od zanieczyszczonego miejskiego powietrza. Po upływie tygodnia – czas
najwyższy! – mogliśmy się wreszcie udać do Tybetu w poszukiwaniu powietrza z niewielką ilością tlenu, czego tak bardzo pragnęliśmy.

Podróż do Rongbuk jest cudowna, ze wspaniałymi buddyjskimi świątyniami
w miastach takich jak Xigaze, w nieskazitelnych kolorach złota i bieli kontrastujących z jałowym krajobrazem, który je otacza, i z ciągnącymi się w nieskończoność kilometrami Płaskowyżu Tybetańskiego na wysokości 5000 metrów, gdzie monotonię łagodnie pofałdowanego terenu przerywają jedynie wielkie jeziora i rzeki, które przez niego przepływają. Chorągiewki w żywych kolorach zapowiadają, że zbliżamy się do kolejnej miejscowości.

Droga, która przecina ten region, jest idealnie wyasfaltowana. Po upływie kilku godzin równina zostaje w tyle, a krajobraz staje się coraz bardziej pofałdowany, aż po dotarciu na szczyt wzgórza pojawia się imponująca linia grzbietu Himalajów. Mur białych gigantów na brązowo-żółtej równinie. Z płaskiego prosto na wysokość 8000 metrów.

Po lewej: Makalu i Chomo Lonzo, po prawej: Czo Oju i Gyachung Kang, a pośrodku, wpędzając w kompleksy swoich sąsiadów, Everest. Między skalistą ścianą Kangshung góry Lhotse a ośnieżoną północną ścianą Nuptse na niebie rysuje się trójkąt o idealnych proporcjach, który letnim śniegiem maluje się na biało, z dwiema równoległymi liniami prowadzącymi ze szczytu do doliny: korytarzami Norton i Hornbein.

Nie mogliśmy się doczekać, żeby zatopić się w ten biały ocean, ale przed wejściem do dolin musieliśmy jeszcze zostać parę dni w Tingri, jednym z ostatnich miasteczek. Zawsze trzeba było zaczekać do rana, chociaż nie wiedzieliśmy tak naprawdę, na co czekamy. Kiedy wreszcie – po 20 dniach od wyjścia z domu – dotarliśmy do obozu bazowego, miałem tak wielką ochotę się wspinać, że niecierpliwość zżerała mnie od środka. Był 20 sierpnia, a więc dzień, w którym w 1980 roku Reinhold Messner wszedł solo i bez tlenu w samym środku monsunu właśnie tym zboczem.

Przybyliśmy dwa tygodnie później, niż planowaliśmy, z poczuciem, że tylko traciliśmy czas, natychmiast więc zabraliśmy się do roboty, żeby przyspieszyć aklimatyzację. Od razu po przyjeździe z obozu bazowego wbiegłem na szczyt mający 6600 metrów, a następnego dnia, korzystając z letniego upału, na 7000 metrów Przełęczy Północnej. Słońce zmiękczyło śnieg, więc schodząc, ślizgałem się na podeszwach butów trekkingowych, jakby to były narty. Każdego dnia chciałem wychodzić, żeby pobiegać albo się wspinać, sprawdzić swoją kondycję, ale Jordi Tosas nie przestawał mi powtarzać:

– Uważaj! Często się zdarza, że na początku wyprawy są nerwy i chce się robić więcej, niż trzeba i wspinać się szybko, ale wszystko zdecyduje się w ciągu dwóch dni, na samym końcu, i wtedy będziesz musiał mieć naładowane baterie. Musisz być jak snajper, nie stresować się przedwcześnie.

Kiedy przygotowuje się wyprawę, ważne jest zgromadzenie jak największej liczby informacji, zanim zaplanuje się atak szczytowy. Ale nie wolno też przesadzać. Jeśli zbyt wiele czasu poświęcasz na analizowanie pogody i czekanie na idealne warunki, to w końcu zaczniesz myśleć, że szanse cię omijają i że od czasu do czasu warto podjąć ryzyko i ruszyć w górę. Trudno jest osiągnąć perfekcję, także w kwestii warunków. Ostatecznie zdajesz sobie sprawę, że musisz się nauczyć ruszać, nie myśląc o nich zbyt wiele, i radzić sobie w takich okolicznościach, jakie zastaniesz.

Siedzieliśmy w górach od tygodnia i według wszystkich prognoz zostały tylko trzy lub cztery dni dobrej pogody, a potem na północnej ścianie Everestu znowu nastanie monsun, i jeśli nie wykorzystalibyśmy tego okna, musielibyśmy czekać, aż miną śnieżyce, i przez kolejnych siedem dni siedzieć z założonymi rękami, zanim w górach na powrót zapanują dobre warunki. W przeciwnym razie próbowanie ataku byłoby samobójstwem. Trzeba też dodać, że latem w Himalajach w prognozy pogody możesz wierzyć, jeśli chcesz, ponieważ algorytmy nie są zbyt precyzyjne, jeżeli chodzi o opady śniegu. Ostatecznie trzeba więc zawierzyć własnym codziennym obserwacjom nieba.

Zdaliśmy sobie sprawę, że właściwie każdego ranka wstawaliśmy pod błękitnym niebem skąpanym w słońcu, a kiedy zbliżało się południe, chmury rozpoczynały procesję z południa i kumulowały się, budując zamki z ogromnymi szarymi wieżami nad równinami Nepalu. Fortece te ruszały następnie na północ, wywołując burze po zderzeniu z najwyższymi szczytami. Czasami ich złość skupiała się na stronie południowej, więc w obozie świetnie się bawiliśmy, oklaskując fajerwerki, których pokaz organizowały dla nas na drugim zboczu Everestu. Innym razem przychodziły nas odwiedzić i zmuszały do czekania w namiotach, aż wszystko minie, przy odgłosach spadającego śniegu, „tik-tik”. Ale prawie się nie zdarzało, byśmy obudzili się rano i zobaczyli ponad 10 czy 15 centymetrów świeżego śniegu, który szybko się topił wraz z poranną wizytą słońca.

Naszą prognozą była zmęczona rutyną góra oraz walc, który tańczyły chmury, nie mając odwagi przejść na północną stronę, i który się przygotowywał, by wtargnąć z całej siły po paru dniach i osiąść po tej stronie góry. Jeśli Everest miał podarować nam taniec, to musiałoby to nastąpić przed rozpoczęciem festiwalu.

Nasz obóz bazowy znajdował się na morenie między Rongbuk a lodowcem Everestu. Pierwotnie zamierzaliśmy rozbić namioty u podnóża góry, ale jaki, które transportowały nasz sprzęt, postanowiły zostawić nas w połowie drogi. Rozbiliśmy wszystkie cztery namioty na zboczu pełnym kamieni, próbując – niezbyt wprawnie – ułożyć z tych kamieni stosy, żeby stworzyć stosunkowo płaskie platformy. Miejsce było tak spektakularne, że aż wywoływało ciarki. Byliśmy na środku długiej moreny, przed sobą mieliśmy sześcio – i siedmiotysięczniki, a za naszymi plecami – mały cyrk z kolejnymi siedmiotysięcznikami, na które moglibyśmy się wspiąć z nartami, gdyby nudziło nam się któregoś popołudnia. A jeśli nuda by się przedłużała, zawsze można było wziąć telefon, umówić się z Changtse, przyjacielem wysokim na 7500 metrów, i przywitać się z nim, wchodząc po północnej stronie ze świadomością, że zaoferuje nam niesamowity widok na Everest.

Jedyna niedogodność naszego uprzywilejowanego miejsca polegała na tym, że znajdowało się ono daleko od najwyższego szczytu świata, i każdego ranka musieliśmy pokonywać jakieś dziesięć kilometrów, żeby dotrzeć do lodowca i rozpocząć wspinaczkę, a kiedy wracaliśmy zmęczeni, musieliśmy pokonać tę trasę w przeciwnym kierunku. No ale przynajmniej byliśmy już w górach i codziennie mogliśmy coś robić.

Wiedzieliśmy już, że okno pogodowe będziemy mieli jeszcze tylko przez parę dni, dlatego postanowiliśmy zakończyć aklimatyzację i spróbować zaatakować szczyt. Dni poprzedzające atak były bardzo intensywne i wyglądało na to, że mój organizm domaga się wytchnienia, ale z racji tego, że nie umiem odpoczywać, umówiłem się z Sebem na ostatnią wspinaczkę bardzo wysoko, by porządnie zakończyć aklimatyzację przed ostateczną próbą.

Po kolacji ustaliliśmy, że wstaniemy o piątej rano, by zacząć wspinanie, po czym każdy z nas poszedł do swojego namiotu, żeby odpocząć. Spakowałem plecak i ledwie wsunąłem się do śpiwora, spałem jak suseł.

Obudziłem się, kiedy słońce zaczynało głaskać mi skórę przez przezroczyste ściany namiotu. To jedno z najprzyjemniejszych doznań – gdy rankiem na zewnątrz jest jeszcze zimno, a ciebie muskają pierwsze promienie i raz schwytane, zostają już między ścianami namiotu, zamieniając go w prowizoryczną saunę po nieprzyjemnym nocnym chłodzie. Nagle jednak uświadomiłem sobie, że słońce nie powinno było jeszcze wzejść, i się przestraszyłem. Cała przyjemność w mig się ulotniła: między ubraniami, które służyły mi za poduszkę, znalazłem zegarek i – „cholera!” – było dziesięć po szóstej. W mgnieniu oka wygramoliłem się ze śpiwora i pospiesznie ubrałem. Nawet nie zjadłem śniadania, tylko złapałem plecak i zacząłem biec – dosłownie – w górę moreny. Nie wiem, czy to dlatego, że się wystraszyłem, czy z powodu adrenaliny, ale nagromadzone zmęczenie zniknęło i przyspieszyłem do maksimum.

Po 30 minutach pokonałem już część drogi do podnóża góry, i to w czasie o połowę krótszym niż zazwyczaj. Kiedy słońce zaczęło przygrzewać mocniej, posmarowałem sobie twarz kremem z filtrem i bez zatrzymywania zacząłem szukać okularów przeciwsłonecznych. Zdenerwowałem się, bo nie miałem ich ani na głowie, ani w żadnej kieszeni, ani w plecaku, który opróżniłem na ziemi zły jak osa. Nic. Ani śladu okularów. „Cholera jasna!” Bez wahania zostawiłem rozgrzebany plecak i pobiegłem w dół moreny, aż do namiotu. Gdy tylko rozsunąłem suwak – „Proszę bardzo!” – leżały w środku. Punkt siódma! Kiedy miałem znowu wystrzelić jak z procy, Sitaram, nepalski kucharz, który nam towarzyszył, wystawił głowę ze swojego namiotu.
– Kilian, śniadanie!
– Kurczę, nie mam czasu, Sitaram, ruszam w górę. Do zobaczenia po południu!
– Nie biegnij, na tej wysokości to nie jest dobre!
Nie usłyszałem nawet ostatniego zdania, jakie wypowiedział, bo ponownie byłem już na trasie, którą pokonałem wcześniej. Z powrotem wrzuciłem wszystko do plecaka i ruszyłem dalej.

Trzy godziny później zobaczyłem Seba jakieś 100 metrów przede mną, wspinającego się po ścianie Changtse w stronę Przełęczy Północnej.
– Cholera, mogłeś mnie obudzić! – krzyknąłem na poły w żartach, na poły poważnie, kiedy znalazłem się już wystarczająco blisko, żeby mógł mnie usłyszeć. Panowały idealne warunki, ale było już późno i śnieg ogrzewał się bardzo szybko.
– Ach, myślałem, że chcesz jeszcze trochę pospać, a poza tym wiedziałem, że i tak mnie dogonisz – usprawiedliwił się. – No i co o tym sądzisz?
– Sądzę, że jest zbyt późno. I to chyba nie nasz dzień. Wrażenia są dobre, ale musimy pilnować, żeby szczęście się od nas nie odwróciło. Bo na pewno będzie nam potrzebne później! Jeśli zejdziemy teraz, będziemy mogli odpocząć i jutro albo pojutrze spróbujemy znowu.

Następnego dnia wyprawiłem się sam. Być może trochę zażenowany swoim błędem z poprzedniego dnia i zły na to, że nie mogłem zaaklimatyzować się powyżej 7000 metrów, ruszyłem zdeterminowany, by przekroczyć tę wysokość. Koledzy zostali w obozie, aby oszczędzać siły. Miałem więc dla siebie całą górę i uśmiechałem się z zaborczym egoizmem. Dotarłszy do lodowca, postanowiłem nie iść w stronę Przełęczy Północnej z obawy przed szczelinami i wybrałem trasę po prawej stronie ściany północno-wschodniej. Między skalnymi ostrogami i serakami sięgającymi do Przełęczy Północnej był korytarz, który wydawał się wystarczająco stromy, żeby pozbyć się skumulowanego śniegu, ale nie na tyle, żeby spowolnić moje kroki. Postanowiłem nim przejść. Warunki były idealne, śnieg z łatwością wytrzymywał mój ciężar i po paru godzinach zostawiłem za sobą zbocze o nachyleniu 60 stopni, aby wyjść na grań północną na wysokość 7500 metrów. Śnieg się nie topił, więc zapadłem się po pas.

Każdy krok wiązał się z ogromnym wysiłkiem i precyzyjną choreografią: zaczynałem od wymachiwania rękami, żeby usunąć pierwszą warstwę śniegu, następnie podnosiłem nogę na wysokość kolana, opuszczałem ją jakieś 30 centymetrów dalej i kiedy patrzyłem, jak się zatapia, delikatnie stawiałem stopę, zanim przenosiłem na nią cały swój ciężar. Stojąc znowu po pas w śniegu, wykonywałem ten sam taniec z drugą nogą. I tak 30 razy po kolei.

Przejście 100 metrów zajęło mi godzinę! Po trzech godzinach, jakie spędziłem na torowaniu sobie drogi, tworząc rów, przystanąłem wycieńczony – bardziej powolnością całego procesu niż włożonym wysiłkiem. Udeptałem trochę śniegu i usiadłem na plecaku. Oczy nie radziły sobie z całym pięknem, jakie się stamtąd rozciągało: Everestem za plecami i Płaskowyżem Tybetańskim z przodu. Changtse robił się coraz mniejszy, a otaczające mnie góry rywalizowały ze sobą, chcąc uwieść mnie swoją majestatycznością.

U ich stóp doliny kreśliły liczne lodowce, które oddalały się od ośnieżonych szczytów niczym macki i gubiły pośród brązowych wzgórz. Z tej wysokości po mojej lewej stronie doskonale widziałem jęzor śniegu, który pokonał Reinhold Messner, żeby szukać korytarza Nortona i w pojedynkę, bez dodatkowego tlenu zdobyć szczyt w 1980 roku.

„Ach, jak dobrze jest być tu wysoko i mieć całą górę tylko dla siebie!” Panowała tak idealna cisza, że nawet mój oddech zdawał się mącić ten spokój. Przestałem więc oddychać na pół minuty i poczułem, że stworzyłem z tym krajobrazem jedność, że wtopiłem się w otoczenie niczym płatek śniegu, mały i nic nieznaczący, który miał szczęście spaść z nieba na tę górę. Patrzyłem na linię opadającą zygzakiem pośród śniegu, aż zniknęła wraz z lodowcem, który skręcał za górami, i przypomniałem sobie, że jestem tu tylko przejazdem, że wkrótce muszę wrócić do świata ludzi. Pragnąłem jednak, żeby ta chwila trwała wiecznie, żebym był wolny od wszelkich trosk, a moim jedynym zmartwieniem było oddychanie, bez żadnych myśli wywołanych upojeniem wysokością. „Jak dobrze jest być tu na górze!”

Płatki śniegu były szczęściarzami, bo mogły zostać w tym zawieszonym w czasie białym raju, ale ludzkie niedoskonałości – głód, chłód, senność – zmusiły mnie do zejścia. W obozie czekały na mnie cztery osoby.

Czterdzieści godzin później, ostatniego dnia sierpnia, znowu tam byłem, ale tym razem cisza zniknęła i panował taki hałas, że aż trudno go opisać. Jak krzyk, który wyobrażasz sobie, wpatrując się w obraz Edvarda Muncha. Na wysokości prawie 8000 metrów, na środku północno-wschodniej ściany Everestu, nie byłem całkiem pewien, czy ujdziemy z tego z życiem. A jeszcze kilka minut wcześniej panowała euforia.

Przed świtem Seb, Jordi i ja opuściliśmy obóz, mając świadomość, że musiał to być jeden z ostatnich pogodnych dni poprzedzających tydzień pełen burz. Szliśmy przez morenę w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach. Jedynie dźwięk butów skrzypiących na zamarzniętej ziemi przełamywał monotonny spokój nocy. Kiedy na wschodzie słońce pozbywało się śpiochów z oczu, dotarliśmy do lodowca, gdzie mnóstwo kamiennych platform i parę pozostałości po innych ekspedycjach świadczyły o tym, że tutaj każdej wiosny rozkłada się małe miasto.

Zatrzymaliśmy się w tym obozie widmie. Włożyliśmy raki i posililiśmy się trochę, podziwiając słońce rzucające czerwony blask na ścianę, po której zamierzaliśmy wejść. Kiedy zauważyło i nas, było tak, jakby o świcie przywróciło życie kwiatom. Zaczęliśmy zdejmować kaptury i swobodnie ruszać głowami, żeby lepiej widzieć otaczający nas krajobraz. Rozgorzały też dyskusje o tym, którędy najlepiej zaatakować czekające nas 2000 metrów śniegu i skały.

Tik-tak, tik-tak. Rak-czekan, rak-czekan. Śnieg, podobnie jak dwa dni wcześniej, miał idealną konsystencję, ani zbyt twardą, ani zbyt gęstą, szliśmy więc bez zatrzymywania się dobrym tempem 250 metrów na godzinę. Po paru godzinach dotarliśmy na wysokość 7000 metrów, wspinając się po szerokich ośnieżonych zboczach poznaczonych skalnymi ostrogami, które sięgały aż do pinakli grani Boardman Tasker powyżej 8300 metrów.

Podczas wspinaczki znajdowaliśmy się w bańce euforii. Kiedy wspinasz się samotnie, koncentracja zawsze musi być maksymalna i starasz się uspokoić emocje, aby cię nie zdominowały, nie zdradziły cię. Gdy jednak masz przy sobie towarzyszy, emocje wypływają na wierzch, pojawiają się zaraźliwe uśmiechy. Panowało więc ogólne zadowolenie. Pogoda była dobra, najlepsza, jaką mogliśmy sobie wyobrazić, nie było zimno, idealne warunki. Byliśmy w formie, wszyscy trzej, a przede wszystkim Seb, i wytyczaliśmy nową drogę na Evereście!

Seb i ja zmienialiśmy się z przodu, a Jordi podążał za nami w niewielkiej odległości. Pokonaliśmy śnieżne korytarze i dostaliśmy się na ostrogę skalną z bardzo dużą ilością nagromadzonego śniegu, więc musieliśmy częściej robić zmiany. Zmienialiśmy się co 30 albo 40 metrów, by torować drogę w coraz głębszym śniegu. Na zachodzie chmury zebrały się nad Raphu La, przełęczą oddzielającą ścianę północno-wschodnią i Kangshung, wschodnią ścianę Everestu, i zaczęły zajmować zbocze, na którym się znajdowaliśmy. Ponieważ w ciągu tygodnia we wczesnych godzinach popołudniowych zawsze tworzyły się małe chmury i szybko znikały, nie przestraszyliśmy się. Mimo że byliśmy na wysokości prawie 8000 metrów, gdzie ciężko jest oddychać, a stawianie kolejnych kroków wymaga znacznego wysiłku, to euforia wciąż nas nie opuszczała i kiedy szedłem z przodu, torując drogę w śniegu po kolana, słyszałem, jak Seb zaczął śpiewać – Libéré, délivré, je ne t’oublierai plus jamaaais… Libéré, délivré… – parodiując piosenkę z ulubionej kreskówki swoich córek, jedynego filmu, jaki mieliśmy w obozie.

Postanowiliśmy się zatrzymać, żeby zaczekać, aż chmury odejdą, ale nie chciały tego zrobić. Wprost przeciwnie, stawały się coraz gęstsze i nie pozwalały nam widzieć dalej niż na dziesięć metrów. Na domiar złego zaczął sypać śnieg.

Nasza sytuacja była teraz bardzo trudna. Zerwał się silny wiatr, a na śniegu tworzyły się płyty takich rozmiarów, że aż strach. Znajdowaliśmy się na środku ściany, która w ciągu paru godzin, a nawet minut mogła się zamienić w lawinową pułapkę. Pośród śnieżycy spojrzenie Seba napotkało moje. Nie trzeba było mówić nic więcej: kontynuowanie wspinaczki nie wchodziło w grę.

Mieliśmy tylko trzy możliwości: zaczekać, zejść albo wydostać się z tego miejsca. Żadna z nich nie wzbudzała zbyt dużego zaufania. Moglibyśmy zejść jakieś 1500 metrów bez większych komplikacji technicznych, lecz nagromadzony śnieg mógł być niebezpieczny. Przejście na prawo, w stronę grani północnej, wiązało się z mniejszym ryzykiem, ale żeby tam dotrzeć, musielibyśmy pokonać zbocze o nachyleniu 50 stopni z ponad metrową warstwą świeżego śniegu. W takich warunkach czekanie nie wydawało się dobrym pomysłem.

Kiedy dotarł do nas Jordi, zapytaliśmy go o zdanie.
– Sądzę, że musimy przejść do grani, po przekątnej – stwierdził.
– Ja nie przechodzę, jeśli nie będę widział, gdzie idę – odparł Seb, próbując się zorientować w gęstej mgle. – Moglibyśmy też bardzo szybko zejść, to kolejna możliwość.
– Ale jest lód, a na graniach musi być w tym momencie pełno śniegu – powiedział Jordi, przechylając głowę na bok.
– Teraz widzimy grań – wtrąciłem, kiedy dostrzegłem jej kształt, korzystając z chwili, gdy wiatr uniósł mgłę. – Za pierwszą ostrogą jest kolejna, a dalej szczyt, w odległości jakichś czterystu albo pięciuset metrów.
– Dobra – zgodził się Seb. – Ruszymy jeden za drugim.
– Okej, idę – powiedziałem bez wahania.
– Idziesz, bo nie masz dzieci? – zapytał Seb.
– Tak, może właśnie dlatego – przechyliłem nieco głowę i zdanie cicho wyszło z moich ust. Zacząłem schodzić.
– Kiedy dotrzesz do grani, krzykniesz i my ruszymy, okej? – usłyszałem za plecami głos Seba.

Z każdym kolejnym krokiem zapadałem się powyżej kolan. Pomimo raków, szerokich butów, botków wewnętrznych i wszystkich ubrań, jakie na sobie miałem, czułem każdy milimetr spadającego śniegu, konsystencję każdego płatka. Kiedy dobrze wyczuwałem twardą warstwę śniegu, oddychałem w miarę spokojnie, przynajmniej do momentu, aż zaczynałem stawiać kolejny krok. Gdy jednak ta warstwa nagle się zapadała, wstrzymywałem oddech na parę chwil, aż miałem pewność, że wszystko wokół jest nieruchome.

„Jeszcze jeden krok. Idę dalej. Przystaję. Odwrócić się?” Gdybym się odwrócił, tylko opóźniłbym dotarcie do celu. Kolejny krok. Kolana znikają pod śniegiem. Tysiąc metrów ściany nade mną i kolejny tysiąc pode mną. Wszędzie pełno śniegu. Wiatr zamieniał ścianę w wielką płytę. „Cholera, to jest pułapka, pole minowe!” Przy każdym kroku myślałem, że wywołam lawinę, nie wiedziałem tylko, czy 20-centymetrowej, czy metrowej grubości. Każdy ruch był wieczny, nie kończył się nigdy. Podnosząc nogę, tuż przed oparciem na niej całego ciężaru ciała, drżałem na myśl o następnym kroku. Okej, jeśli umrę, to i tak nie zostawię po sobie zbyt wiele, ale… Emelie zajmowała moje myśli, poprawiała mi nastrój. Zaplanowaliśmy wspólne życie. Jak pieprzony egoista w desperacji liczyłem też góry, na które jeszcze się nie wspiąłem i które pozostaną tylko w mojej głowie, nie mogąc się zmaterializować. Nie chciałem umierać, jeszcze nie teraz. Postawiłem stopę i znów się zatrzymałem. Powtórzyłem cały proces z tym samym strachem. Iść jest łatwo, ale podejmować decyzję o postawieniu kolejnego kroku – znacznie trudniej.

– Łaaa!!! – wrzasnąłem ze wszystkich sił, kiedy poczułem, że śnieg, który mnie otaczał i przytrzymywał, odrywa się od ściany i zaczyna spadać.

Instynktownie wbiłem oba czekany w śnieg najgłębiej, jak mogłem, próbując wygrzebać każdy milimetr, aby dostać się do lodu pod spodem. Fala śniegu spadająca z góry z dużą prędkością uderzyła mnie w głowę. Z całych sił chwyciłem się czekanów w oczekiwaniu, aż to wszystko się skończy. Siła lawiny oderwała mi stopy od podłoża, więc wisiałem na rękach z przewalającą się po mnie białą kaskadą. I nagle ustało. „Cholera, jeszcze żyję!” Czekany wciąż miałem wbite w śnieg. „Do diaska, nie chcę tak umierać”.

Z ogromnym wysiłkiem dotarłem do grani i krzyknąłem, tak jak ustaliliśmy, żeby Seb i Jordi ruszyli w moją stronę. Chociaż znajdowałem się poza najbardziej nachyloną ścianą, grań przykrywał metr świeżego śniegu, a widoczność nie sięgała nawet dziesięciu metrów. Znalezienie drogi we mgle, żeby zejść, byłoby trudne; jeśli zboczylibyśmy trochę w prawo, wrócilibyśmy na ścianę północno-wschodnią, bardzo niestabilną, a po lewej, na ścianie północnej wcale nie byłoby lepiej. „Cholera, przecież przedwczoraj wspiąłem się po grani aż na wysokość 7800 metrów!”, przypomniałem sobie nagle i od razu zacząłem szukać w zegarku śladu GPS tamtej trasy. Kiedy pojawił się Seb, omówiliśmy sytuację. Musieliśmy podążać trasą, którą pokazywał zegarek, nie oddalając się od niej zbytnio i mając nadzieję, że jest dokładna. Jordi wyłonił się spośród mgły. W miarę jak się zbliżał, zauważyłem, że z niepokojem patrzy w górę i podnosi rękę, jakby chciał coś pokazać.
– Uwaga! – zawołał.
– Cholera! Wbijać czekany! – krzyknąłem. Lawina, na szczęście niewielka, zasypała nas powyżej pasa. Nawet na grani nie mogliśmy odpocząć od osuwisk.
– Cholera, cholera jasna… – odezwał się Seb. – Trzeba brać nogi za pas! Nie mamy nad niczym kontroli!

Seb przesunął się do przodu i zaczął schodzić granią. Ja szedłem parę metrów z tyłu, wskazując mu kierunek z zegarka. Jordi podążał jakieś 50 metrów za mną, zagubiony we mgle. Zeszliśmy najszybciej, jak się dało, zmagając się z torowaniem drogi w śniegu sięgającym powyżej kolan i unikając lawin, które od czasu do czasu schodziły po grani, zakamuflowane wśród gęstej mgły. Czas zachowywał się dziwnie. Raz płynął szybko, raz się zatrzymywał. Śnieg wciąż był bardzo niestabilny i powstawały małe lawiny. Odgłosy wysiłku i oddechu, brzydkiego, urywanego, były ciągłe, jednocześnie królowała cisza, uwięziona jak my w chwili, która nigdy się nie kończyła. Wszystko się wygładzało i pojawiły się szczeliny. Nagle zobaczyliśmy przed sobą ścianę Changtse. Byliśmy na Przełęczy Północnej! Odnaleźliśmy grań i za pomocą lin dostaliśmy się na szczelinę brzeżną i lodowiec.

Na dole padłem na ziemię jak długi z kompletnie pustym umysłem. Potem Seb i ja zatopiliśmy się w uścisku, zaczęliśmy się śmiać i płakać. Jednocześnie.
– Co się, do cholery, stało?

Jordi do nas dołączył i właśnie w tej chwili zobaczyliśmy, jak lawina zeszła po ścianie, po której wspinaliśmy się donikąd.

W milczeniu ruszyliśmy moreną w kierunku obozu. Mieliśmy do przejścia dziesięć kilometrów. Kiedy zapadała noc, zastanawiałem się, jak mogliśmy przejść od euforii do koszmaru w niecałą minutę. „Ile zmarnowałem dziś żyć?”

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: