REKLAMA

Bernadette McDonald

Taternik | 02 kwietnia 2021

8000 zimą. Walka o najwyższe szczyty świata w najokrutniejszej porze roku.

[fragment] Wydawnictwo Agora

LHOTSE

Wspinaczka w gorsecie

Zanim komukolwiek udało się stanąć na wierzchołku Lhotse zimą, minęło czternaście lat. Czternaście lat, podczas których w świecie wspinaczki wysokogórskiej wiele się zmieniło. Polscy Lodowi Wojownicy udowodnili w tym czasie sześciokrotnie, że potrafią stawić czoło skrajnie niskim temperaturom, upiornym himalajskim wiatrom oraz bezwzględności krótkich dni i długich nocy. Zakopiańczyk Maciej Berbeka zdobył zimą dwa ośmiotysięczniki i był bliski wejścia na trzeci. Chętnie zapraszano go na wyprawy, zarówno z uwagi na jego spokojny i przyjazny charakter, jak i zaciekłość, jaką wykazywał w zmaganiach z najgorszymi z możliwych warunkami w górach. Jerzy Kukuczka trzykrotnie udowodnił, że potrafi uporać się z każdą pułapką, jaką zastawi na niego zima.

Kolejnym z Lodowych Wojowników, który stanął w szranki z Lhotse, był Krzysztof Wielicki. On i Leszek Cichy w 1980 roku jako pierwsi ludzie weszli zimą na Everest. Z Kukuczką Wielickiemu udało się dokonać pierwszego zimowego wejścia na Kanczendzongę, podjął też zaawansowaną próbę na Annapurnie. Poza sezonem zimowym Krzysztof zdobył Broad Peak w ciągu imponujących dwudziestu dwóch godzin i dziesięciu minut. Wytyczył także nową drogę na Manaslu i podjął dwie poważne próby na nieprzyjaznej południowej ścianie Lhotse.

Uwagę zwracał jego wygląd: słynne stały się przesłaniające pół twarzy wąsy oraz przenikliwe oczy patrzące spod ciężkich powiek i gęstych brwi. Mówił lekko i swobodnie, a w jego wypowiedziach często pobrzmiewały ironia i humor. Drobny, lecz zbudowany z samych niemal mięśni, poruszał się szybko i lekko niczym ptak.

Krzysztof był rozchwytywany przez kierowników wypraw, przez co w górach spędzał niemal tyle samo czasu co z rodziną w Polsce. Był w pełni świadom konsekwencji swojego stylu życia i nie zamierzał go zmienić: „Jeśli chcesz się wspinać, musisz zapłacić za to cenę – mówił. – Zwykle tą ceną jest rodzina. Muszę po trzykroć powtórzyć: przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Oni przeżywają trudne chwile w domach, kiedy my walczymy o życie w górach”. Ta walka i cierpienie dawały mu jednak ogromną satysfakcję. „By odczuwać przyjemność, kiedy wszystko sprzysięga się przeciw tobie, trzeba mieć coś w rodzaju mentalności wojownika – tłumaczył. – Tylko wtedy jest to ciekawe, tylko wtedy ekscytuje”.

Kiedy wyprawie belgijskiej w 1988 roku udało się uzyskać zezwolenia na zimowe wejścia na Everest i Lhotse, nie było zaskoczeniem, że zaproszono na nią Krzysztofa. Nie tylko zresztą jego, lecz także Leszka Cichego i Andrzeja Zawadę. Belgowie rozumowali strategicznie: zdawali sobie sprawę z tego, kim są Lodowi Wojownicy, i chcieli mieć ich w swojej drużynie. Ze strony Polaków to Zawada wywalczył zaproszenia, wiedział, że Belgom zależy na zdobyciu Everestu zimą, więc zaoferował doświadczenie polskiej trójki w zamian za zezwolenie na dwa szczyty – Everest i Lhotse. Wciąż pamiętając dotkliwą porażkę sprzed lat, miał teraz możliwość po raz drugi zaatakować sąsiadkę najwyższego szczytu świata.

Był jednak pewien problem. Wielicki nadal borykał się z konsekwencjami wypadku, który przydarzył mu się cztery miesiące wcześniej podczas wspinaczki na Bhagirathi w indyjskim Garhwalu. Diagnoza była jednoznaczna: uraz płuca ze zmiażdżeniem trzonu ósmego kręgu piersiowego. Aby uniknąć uszkodzeń rdzenia kręgowego, pacjent powinien być unieruchomiony, aktywność wspinaczkowa wykluczona. Gdy jednak Krzysztof dowiedział się o zaproszeniu na Lhotse, powiedział „tak” i prędko znalazł specjalny gorset, który miał ustabilizować jego kontuzjowany kręgosłup.

Kiedy wyprawa przybyła 10 listopada pod masyw, Krzysztof od razu zauważył różnicę w podejściu Belgów i Koreańczyków znajdujących się wówczas w bazie. Obie wyprawy dysponowały olbrzymimi budżetami, więc wynajęły armię silnych i doświadczonych Szerpów, którzy wyposażyli drogę przez Ice Fall w dziesiątki drabin. Gdy jednak Szerpa Lakpa Dorje zginął na Evereście podczas ataku szczytowego Belgów, morale wyprawy spadło niemal do zera. Większość wspinaczy przygotowywała się do opuszczenia bazy i tylko Ingrid Baeyens zdecydowała się zostać i spróbować zdobyć Lhotse wraz z trzema Polakami.

Stanowili więc teraz zespół czteroosobowy. Schodzący Belgowie przekazali Szerpom trochę swojego sprzętu i resztki zapasów jedzenia, część miejscowych jednak zrozumiała to „rozdysponowanie” dóbr po swojemu. Wspięli się do obozu II, by zabrać stamtąd namioty, ekwipunek i prowiant. Przez zupełny przypadek Wielicki zorientował się, co się dzieje: pewnego ranka wyszedł z namiotu, by ulżyć potrzebie fizjologicznej, i zobaczył grupę Szerpów ruszających z bazy w stronę Ice Fallu. Nie mógł ich dogonić, ale gdy dotarł do dwójki, zastał ich podczas rozmontowywania obozu. Doszło do sprzeczki, a nawet do rękoczynów, gdy musiał wyrywać im część sprzętu rąk. „Na szczęście udało się »obronić« trochę niezbędnego ekwipunku”.

Chociaż wciąż nosił gorset, Wielicki czuł się w miarę dobrze. „Z gorsetem da się chodzić […]. Żartowałem nawet, że jest mi dzięki niemu cieplej”. Mimo to było mu trudniej nosić ciężki plecak i schodzić po stromym lodzie, czego należało się spodziewać, atakując Lhotse.

Pojawiły się kolejne problemy. Ingrid złapała infekcję górnych dróg oddechowych, Leszek już przyjmował antybiotyki, by zwalczyć tę samą chorobę, a Andrzej miał pierwsze jej oznaki. Mimo problemów z plecami teraz Wielicki czuł się najzdrowszy i najsprawniejszy z całej czwórki, dlatego gdy pogoda się poprawiła, rzucił pomysł samotnej próby wejścia na szczyt. Koledzy wyrazili zgodę. Opisywał później, że jego decyzja była całkowicie spontaniczna: […] czasem zdarza się taka sytuacja, że trzeba podjąć decyzję ad hoc. Czułem się dobrze, a pogoda sprzyjała, bo było słonecznie. Oczywiście w górnych partiach trochę wiało, ale nie był to typowy huragan.

I tak oto Wielicki zaczął samotnie wspinać się na Lhotse. Szedł pewnie, jednak w obozie III odkrył rozczarowany, że zniknął jego aparat. Zapewne podczas „sprzątania” obozu przez Szerpów, lecz nie miał co do tego pewności. Niezależnie od przyczyny został bez aparatu, którym mógłby udokumentować swoje postępy, a może nawet zdobycie szczytu. Były to czasy, gdy wspinacze nie musieli udowadniać, że weszli na szczyt, wystarczyło ich słowo, czułby się jednak lepiej, mając możliwość zrobienia zdjęć:

W tamtych czasach nie robiło się selfie. Fotografowaliśmy partnera lub – jeśli go nie było – plecak, lub czekan. Nie mając takiej możliwości, postanowiłem wykorzystać wzrok, który jest doskonałym rejestratorem, i zapamiętać wszystkie szczegóły topograficzne terenu, co pozwoliłoby mi odpowiedzieć na ewentualne pytania sprawdzające, czy byłem na szczycie.

Dzień, w którym miał spróbować wejść na szczyt, nie zaczął się dobrze. Noc wcześniej w obozie IV wziął tabletki nasenne i zaspał. Kiedy jednak zaczął się wspinać, po twardym śniegu przeplatanym fragmentami lodu poruszał się sprawnie. Każdy czekan mocno wbijał w śnieg, ostrożnie stawał na przednich zębach raków i szedł niezbyt szybkim, lecz pewnym rytmem wysokogórskiej wspinaczki. Czuł, że jego umysł staje się coraz silniejszy, jest niczym mięsień, który popycha go w górę.

Wreszcie wychyliłem się znad ostatniego progu i doszedłem do wierzchołka, gdzie są dwie śnieżne kopuły. Większa po lewej, mniejsza po prawej. Wszedłem między nie, bo bez liny nie chciałem ryzykować stawania na szczycie kopułki w obawie, że może to być nawis.

Zapamiętał szczegóły otoczenia, zatknął na szczycie polską flagę, z kuluaru prowadzącego do zaśnieżonego szczytu wziął kilka kamyków. Czas wokół niego zamarł, Wielicki przeżywał chwilę całkowitego spełnienia, świat był idealny, a wszystkie jego dążenia zostały uwieńczone sukcesem. Ten moment szybko jednak minął. Ponieważ ruszył późno, na szczycie znalazł się zaledwie kilka godzin przed zmrokiem i musiał szybko schodzić, skupiony na jednym celu – namiocie w obozie III. Teraz zaczęło się cierpienie. Gorset sprawdzał się na podejściu, lecz w zejściu przestał spełniać swoją funkcję.

Dopiero podczas zejścia dał mi w kość bardzo twardy stok, bo kiedy schodzisz, kopnięcia rakami są mocniejsze. Zaczęło mnie bardzo mocno piec w okolicach złamania – jakby ktoś wypalał mi plecy żywym ogniem.

Mógł zrobić dziesięć, piętnaście kroków, po czym wbijał czekan w śnieg i wspierał się na nim. Podczas tych chwil odpoczynku często tracił świadomość. „To niesamowite uczucie – wspominał. – Zasypiasz i ból powoli odchodzi. Poddajesz się temu przyjemnemu odczuciu, które daje ci ułudę, że jest fajnie, że cierpienie się skończyło. Jest ciepło i miękko. Prawdopodobnie tak ludzie umierają z powodu hipotermii”.

Za każdym razem, gdy budził się z odrętwienia, czuł panikę, a jedyną rzeczą, która chroniła go przed upadkiem w dół zbocza, był wbity czekan. Zaciskał na nim dłoń, upewniając się, że nie spadnie. Wtedy wracał do przepełnionego bólem schodzenia. Dziesięć kroków, po których nadchodził przeszywający ból, potem krótki odpoczynek, gdy wspierał się na czekanie. Ta chwila przedłużała się, trwała dziesięć minut, a może więcej. Wreszcie przychodził sen – cudowny sen…

Leszek Cichy, partner Wielickiego z zimowego Everestu, widział, że Krzysiek schodzi bardzo powoli, i się zaniepokoił. Ubrał się i ruszył w stronę trójki, by go wesprzeć. „Kiedy zobaczyłem, że ktoś podchodzi do góry, dodało mi to otuchy – przyznał Wielicki. – Fizycznie w niczym mi to nie pomogło, lecz w takich chwilach równie ważny jest element psychiczny”. Gdy Krzysztof dotarł do trójki, Leszek przygotowywał tam dla niego herbatę. Później Wielicki żartował, że miał nadzieję, iż zastanie tam Ingrid, jednak Leszek był i tak niezgorszą nagrodą pocieszenia. Krzysztof wsunął się do śpiwora.

– Masz, wypij to, to cię rozgrzeje – powiedział Leszek, podając mu kubek herbaty, jednak Wielicki nie mógł utrzymać go w rękach, trząsł się, co było objawem wczesnego stadium wychłodzenia.

– Nie mogę, wylewam.

– Spróbuj jeszcze raz. Musisz się nawodnić.

Po jakimś czasie drżenie ustało i odpłynął w sen pod bacznym okiem Cichego. Był 31 grudnia.

Skomentuj

  • (will not be published)

*

code

Partnerzy: